Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Wyspa Lembogan, Indonezja, 18-22.06.2012: Plaża, relaks i o tym, że choroba morska ma czasem dobre strony…

misio9

Zacznę od tego, że obejrzałem mecz z Czechami i nawet cieszyłem się wtedy, że nie jestem w Polsce, bo jednak zupełnie inaczej odczuwa się to gdzieś daleko, tym bardziej że tutaj nikt nie nakręcał atmosfery. Położyłem się o 5 spać, a tu o 10 pobudka (wiem, wiem, skoro świt;) bo musiałem jechać po Martę na lotnisko! Wszystko poszło sprawnie, pomny ostatnich doświadczeń skuterowych, szybko znalazłem taksówkę, która za mniej niż 1/3 mojego mandatu zawiozła mnie i potem czekała na lotnisku. Jak się okazało, Marta była pełna życia i energii po ponad 20 godzinach podróży, czego nie można było powiedzieć o mnie. Jednak wszystko mi przeszło kiedy zobaczyłem przesyłki z kraju!:) Oj trochę tego było i naprawdę nie jestem w stanie opisać jaki uśmiech na mojej twarzy wywołała butelka Tymbarka i paczka kabanosów;) To wszystko z kolei głównie zasługa mojej Marty, dzięki Słonko!:) Z racji tego, że u Nas gorączka Euro i akcenty patriotyczne są wszechobecne (a raczej były:), ja też dostałem coś w tym stylu:

w koszulce ;)

Jednak oprócz prezentów, Marta przywiozła też… litrowego Jim Beama:) więc wieczorem, mimo że jesteśmy 15 godzin lotu od Kraju, trzeba po staropolsku przywitać Kuzynkę;). Tym samym skończył się dzień, choć w międzyczasie zaliczyliśmy jeszcze masaż;) i poszliśmy kupić bilety na poranną łódź na wyspę Lembogan. Z racji tego, że z założenia nasza podróż ma być niskobudżetowa, to wybraliśmy najtańszą opcję, lokalny prom, który miał odpłynąć o następnego dnia 10:30.

I rzeczywiście prom byłby odpłynął, tyle że bez nas, bo oczywiście prawie się spóźniliśmy! Dodam jeszcze tylko, że na przystani (za dużo powiedziane, bo na prom wchodziło się prosto z plaży, oczywiście wcześniej brodząc w wodzie prawie do uda;) o 10:29, bo oczywiście jakoś tak wyszło, że nie mogliśmy się zebrać…

Choroba morska była mi do tej pory obca, ale na moje nieszczęście okazało się, że mam nową przyjaciółkę… Wszystko dlatego, że ten prom, na który się zdecydowaliśmy ze względów oszczędnościowych, to była taka zwykła łajba, którą niemiłosierni rzucało i niestety w trakcie godzinnego „rejsu”  uzupełniłem Morze Balijskie o całą zawartość chińskiej zupki, które jedliśmy na śniadanie. Na nieszczęście jeszcze siedzieliśmy na samym przedzie i wszyscy mogli podziwiać moje „popisy”;) Dobrze, że po godzinie wysiedliśmy na wyspie, bo dłużej chyba niedbałym rady! Na lądzie było normalnie, czyli jak to w miejscu, do którego przyjeżdżają turyści, masa naganiaczy z ofertami noclegów, wypożyczenia skuterów i Bóg wie jeszcze czego. Co prawda nie mieliśmy żadnej rezerwacji, ale ja kiedyś usłyszałem, że warto zatrzymać się w zatoce grzybów (Hehe fajna nazwa, nie powiem ;). Oczywiście miejscowi mówią, że to daleko, że ciężko tam dojść, trzeba wziąć transport. Taa pewnie, gadajcie sobie dalej, nam się nie spieszyło i poszliśmy w pełnym słońcu i rynsztunku. Po około 40 minutach byliśmy prawie na miejscu, bogatsi oczywiście o oferty noclegów i wypożyczenia motorków, a nawet snoorkowania (jak ja to nazywam;). W sumie jeden gość był na tyle nieustępliwy/natarczywy, że w końcu poszliśmy zobaczyć ten  ośrodek, który polecał i okazało się, że… lepiej trafić nie mogliśmy. Nie obyło się oczywiście bez negocjacji, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i mogliśmy się rozpakować na następne 4 dni w takich o to warunkach:

 Nico's Resort Lembogan

Dni płynęły nam na dylematach moralnych. Ciężko się zdecydować: plaża, czy basen. Basen, czy plaża, a może basen, a potem plaża! Ehh już o tym pisałem, ale naprawdę ciężkie jest życie w podróży;) W sumie w naszym „ośrodku” ( 2 domki;) byliśmy tylko my, więc zaliczyliśmy nawet nocne Polaków rozmowy w basenie. W międzyczasie popłynęliśmy też na snoorkowanie, w sumie nawet fajne, tyle że było pochmurno i nie było takiego efektu, ale i tak widzieliśmy kilka fajnych, kolorowych rybek;) W drodze powrotnej z kolei już nie było tak pięknie, bo odezwała się do mnie moja nowa koleżanka – choroba morska! Mimo, że to było tylko 25 min od zatoki, to ciężko to zniosłem. Jednak nie ma tego złego… Usłyszałem (zresztą później też sprawdziłem;), że najlepszym sposobem jest patrzeć na horyzont i nie skupiać się na rzeczach, które ruszają się razem z łodzią. Jest to o tyle dobre, że pozwala oszukać błędnik. Więc patrzyłem sobie w ten horyzont i nagle coś mi mignęło. Pytam Marty, czy widziała, Ona, że nie. Po chwili jednak zauważyłem dokładniej (w końcu nosi się po coś te bryle;) wystające z wody płetwy, a dosłownie za moment zaczęło się przedstawienie: delfiny jakby na nasze życzenie zaczęły wyskakiwać z morza!! Co prawda trwało to dosłownie chwilę, ale widzieliśmy je z odległości kilkudziesięciu metrów. Fenomenalne wrażenie! Czułem się jakbym był na planie Animal Planet!:) To chyba z wrażenia, bo na chwilę opuściły mnie mdłości, ale po wszystkim koleżanka choroba postanowiła dalej płynąć ze mną! Na szczęście obyło się bez gwałtowniejszych reakcji. Jednak stwierdziłem, że woda to zdecydowanie nie mój żywioł i następnym razem jak będę gdzieś płynął, to zdecydowanie Fast boat’em, który jest dużo droższy, ale dla mnie „bezpieczniejszy”;)

Innego dnia trafiliśmy też na zachód słońca na klifie, super wrażenie. Skały wysokie na ponad 10 metrów, ja na górze, a w dole spienione, rozbijające się fale…

 fale Lembogan

Takie klify były tam dość popularne, tym bardziej, że stanowiły jedną z atrakcji turystycznych, gdyż żeby tam dojechać, trzeba przejechać po takim moście:

most Lembogan

Natomiast już na miejscu, okazało się, że klif jest dosyć wysoki:

 klif Lrmbogan

Co jest o tyle istotne, że można tam wypić kawę, czy coś zimnego

na klifie Lembogan

i podziwiać… ludzi skaczących do morza!:) Oczywiście nie trzeba było nam dwa razy powtarzać! Najpierw jak stanąłem w ubraniu i popatrzyłem w dół nie wyglądało to źle, bynajmniej – pomimo, że mam lęk wysokości. Jednak przed samym skokiem, gdy tam stanąłem  i miałem to zrobić, nie było już tak fajnie;) Za późno było już na wycofywanie, bo przecież nie stchórzę! Ktooo, ja cykor?! Nigdy w życiu;) tak poważnie, to dość mocno się zastanawiałem, czy nie odpuścić, bo jednak 13 metrów to mniej więcej wysokość 4-o piętrowego bloku! Stwierdziłem jednak, że mam dobre ubezpieczenie;)

13 metrów Lembogan

Ten pierwszy krok był najgorszy, ale cofnąć się już nie dało;)

 Najtrudniejszy pierwszy krok

skok ze skały Lembogan

 Po wszystkim trzeba było jeszcze wspiąć się z powrotem po drabinie i jak już usiadłem na górze, dopiero poczułem jak serducho mi wali!:) Powiedziałem nigdy więcej! Ale gdy po mnie skoczyła Marta i gość zaproponował, żebym skoczył drugi raz za free! No cóż, nie tylko kobieta zmienną jest;) Szczerze to bałem się jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, ale znów przeważył argument dobrego ubezpieczenia;)

Oboje stwierdziliśmy, że jeśli jeszcze raz nadarzy się okazja, to na pewno… nie odpuścimy, adrenalina jest tak duża, że warto to jeszcze raz poczuć…

 Będąc na klifie poznaliśmy przypadkiem (a jakżeby inaczej;) Michała, który od 20 lat mieszka w Niemczech i jego dziewczynę Andreę, którzy aktualnie studiują… na Bali!:) Oj ciężko sobie wyobrazić do tego lepsze miejsce. Umówiliśmy się na piwo z nimi i ich znajomymi i tak w międzynarodowym gronie: polsko-niemiecko-szwedzko-indonezyjskim  spędziliśmy wieczór popijając Bintangi (lokalny browar - nawet ja wypiłem dwa;). Dowiedzieliśmy się m.in. że w Indonezji żeby dostać prawo jazdy wystarczy zapłacić (tylko ciekawe czemu ja nie dostałem, skoro zapłaciłem 60 $?!;). Natomiast w Szwecji, w barze piwo kosztuje 7-10 Euro (doceńmy to co mamy;).

Na koniec oczywiście musi być wątek kulinarny;) Jeżdżąc sobie po wyspie (Marta po raz pierwszy jeździła skuterem;) trafiliśmy do takiej o to knajpy:

restauracja Lembogan 

restauracja Lembogan

Może nie wyglądała zbyt okazale, ale jedzenie było obłędne! Wszystko robili na naszych oczach ze świeżych składników np. rewelacyjny grillowany tuńczyk! Jedyny minus, że naprawdę długo się czekało (raz 1,5 godziny;) ale zdecydowanie było warto!

Tym czasem jesteśmy już na Lombok i jutro wybieramy się tutaj. Także trzymajcie kciuki, bo nie mamy zimowych ciuchów, a na górze temperatura spada nawet do 4 stopni;)

PS

Na koniec chciałbym zapoczątkować (fajna gra słów;) nowy cykl "Witajcie w Azji", gdzie postaram się wrzucać, co ciekawsze "kąski";). Na pierwszy ogień kierowca skutera na Lembongianie:

na skuterze można przewieźć wszystko Lembongian



© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci