Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Laos, Azja 27.07-3.08.2012: Deszcz, kanapki i komunizm…

misio9

O tym, że Laos jest państwem komunistycznym wiedziałem wcześniej, jednak dopiero po przekroczeniu granicy, dotarło do mnie jak to w rzeczywistości wygląda! Praktycznie wszędzie powtarza się ten sam obrazek, dwie flagi, a właściwie flaga i wszystkim znany żółty symbol na czerwonym tle:

 sierp i młot w Laosie

sierp i młot w Laosie

Oprócz tego, dość często spotykane są wizerunki towarzyszy:

 Laos - towarzysz

Laos - towarzysz

 

W ogóle żeby wjechać do Laosu trzeba wykupić wizę, ok rozumiem, podobnie trzeba zrobić w Indonezji, czy Kambodży, ale żeby od razu wołać za to aż 30$?! Ok, jak mus to mus, ale jeszcze lepsze było potem, okazało się, że granica czynna jest do 18, jednak wszyscy, którzy przyjeżdżają po 16 muszą uiścić dodatkowa opłata w wysokości 1$, która oczywiście nie jest uwzględniona na pokwitowaniu! Na moje pytanie dlaczego mam to płacić, skoro granica jest i tak otwarta, usłyszałem krótkie i szybko wyjaśniające „Bo tak!”. Cóż miałem zrobić, elektrykiem nie jestem, więc z komunistami nie chciałem zadzierać;)

W ogóle granica tajsko-laotańska, w miejscu, gdzie myśmy ją przekraczali przebiega na Mekongu. Także zaliczyliśmy krótką przeprawę, potem formalności na granicy, a dalej już z górki. Podróż różowym busem (sic!) na dworzec, gdzie czekał na nas autobus, a w nim bagatela 14 godzin! Nie chcę ciągle narzekać na autobusy, bo jeszcze będzie że mam na ich punkcie jakąś manię, ale ta podróż będzie chyba na drugim miejscu w moim Topie zaraz po pamiętnej podróży w Indonezji, którą opisałem i o której możecie przeczytać tutaj. Rzecz w tym, iż autobus był kompletnie wypełniony, do tego wszyscy jechali z bagażami (na szczęście był to pojazd „podwyższony”, więc miejsce na ładunek było poniżej poziomu siedzeń), a ktoś nawet ze skuterem;) Dokładnie, ze skuterem, bo i taki znalazł się ku naszemu zdziwieniu w luku bagażowy!:)

Pomny wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że w autobusie może być głośno, ale nie do tego stopnia! Kierowca zaraz po starcie włączył na full miejscowe przeboje, które na moje ucho (co prawda kiedyś nadepnięte przez słonia, ale jednak;) rytmiką i melodyką jak nic przypominały melodie biesiadne połączone z muzyką cygańską i wesołym disco! Jak nic mieszanka doskonała, tylko się cieszyć, że podróż nie będzie krótka, bo jest szansa zapoznać się z całym dostępnym repertuarem;)

Na to jednak znalazłem sposób, bo włączyłem sobie swoją muzykę więc, można jechać. Jednak nie spodziewałem się (tu pomimo wcześniejszych doświadczeń;) że będzie tak zimno! Ja nie wiem, czy oni w tym autobusie mieli Klimę, czy raczej mrożenie, bo chyba jednak wybrali tę ostatnią opcję! Miałem założoną kurtkę przeciwdeszczową na swój standardowy strój (czyli koszulka, spodenki, tytułowe klapki;)) , do tego przykryłem się kocem i było mi cholernie zimno. Na szczęście po jakimś czasie ktoś się najpierw poskarżył na zbyt głośną muzykę, a potem był postój, na którym dokopaliśmy się do reszty ciuchów i można było jechać dalej! Niestety o spanie nie było mowy, bo „droga” to była jedna wielka serpentyna! Co chwilę zakręty i rzuca człowiekiem, to na prawo, to na lewo i weź tu uśnij! Choć to chyba ja mam tylko takie problemy, bo większość smacznie spała, a co poniektórzy nawet chrapali;)) Jednak prawie nie zmrużyłem oka przez całą drogę, więc ciągnęła się niemiłosiernie. W końcu udało się dojechać do Luang Prabang.

Dlaczego wziąłem wcześniej drogę w cudzysłów? Dlatego, że tego nie można traktować jako drogi w naszym rozumieniu! To był raczej polniak z elementami asfaltu, bądź kostki! Naprawdę u nas dróżki osiedlowe są lepsze niż tam droga prowadząca do jednego z ważniejszych przejść granicznych!  Jak się potem okazało, nie tylko z tą drogą był problem… Podobnie „droga” z LP do Vientiane, czyli stolicy, rajdowcy nazwaliby ją szutrową, jednak dla mnie to cały czas polniak!

Wracając jednak do Luang Prabang, które znalazło się na liście światowego dziedzictwa Unesco, to w sumie nie wiem dlaczego;) Jest tam parę świątyń, niedaleko parę wodospadów, jest też pięknie położone nad Mekongiem, ale to chyba jednak za mało! Poza tym, trochę budynków pozostawionych przez francuzów, jednak naprawdę nic specjalnego… Francuzom Laos zawdzięcza coś, co nas osobiście urzekło, a mianowicie BAGIETKI!! Specjalnie tak to wytłuściłem i pogrubiłem, bo spróbujcie sobie wyobrazić 4 miesiące o parszywym pieczywie tostowym, które w smaku podobne jest zupełnie do niczego;) Coś jakby przez 4 miesiące pić tylko piwo bezalkoholowe i nagle niespodziewanie dostać zimnego żywca/Lecha/perłę itd.;) A tu nagle, zupełnie niespodziewanie prawdziwe chrupiące, świeżutkie, pyszne i przede wszystkim normalne pieczywo!  Do tego serwowane dosłownie wszędzie, na każdej ulicy, w każdej wiosce:) Przez ten czas, który spędziliśmy w Laosie, chyba codziennie jedliśmy przynajmniej po jednej bagietce, a były też dni, gdzie szło ich i więcej;) Co bym nie był oskarżony o gołosłowność, tak właśnie wyglądał jeden z tych cudów kulinarnych;) Zwracam uwagę, na papier, w jakim jest podany;)

 Bagietka Laos

Będąc w Luang Prabang wypożyczyliśmy sobie rowery i pojechaliśmy na wycieczkę w kierunku wodospadów o tajemniczej nazwie… Nazwa jest naprawdę na tyle tajemnicza, że nawet ja jej nie pamiętam;) Wszystko byłoby fajnie, gdybym dzień wcześniej nie kupił sobie tradycyjnych laotańskich spodni, w których wyglądam jakbym miał wodę w piwnicy;) i gdybym nie chciał ich założyć na rower.

 tradycyjne laotańskie spodnie

 Jednak ja postanowiłem inaczej i niestety, zanim dojechaliśmy do wodospadów, moje spodnie się delikatnie mówiąc popruły, w kroku!;) A tu się okazuje jeszcze, że trzeba łodzią płynąć, więc siedzieć, a to oznacza… iż musiałem założyć pelerynę przeciwdeszczową, choć akurat nie padało;) Na szczęście na miejscu mieli też spodenki na sprzedaż, więc byłem uratowany;) Nie powiem, że były one szczytem moich marzeń, ale co tam, ważne, że nie mają dziur;)

 w pelerynie i nowych spodniach :)

szalony rowerzysta

Ostatniego wieczora w LP na szczęście nie padało, więc mogliśmy się wybrać nad Mekong (który jest 6 największą rzeką Azji, prawda że ciekawe;) wijący się wokół miasta i tworzący fajne krajobrazy:

Mekong Luang Prabang

 trafiliśmy też na zachód słońca:

Zachód słońca nad Mekongiem Laos

Następnym naszym przystankiem w podróży po Laosie, było Vangvieng. Jest to mała wioska, do której zjeżdżają chmary turystów z całego świata, po to aby spłynąć rzeką w wielkiej gumowej dętce! Ot cała zabawa! Jednak wic polega na tym, że co 100 metrów są bary, do który się podpływa bierze drinka i płynie dalej. I tak przez kilka kilometrów;) To właśnie tutaj ginie statystycznie najwięcej turystów w Laosie, a to dlatego, że niektórzy nie mają umiaru w piciu, bo jak mawia klasyk „bo pić to trzeba umić”;)) Nasz pobyt w VV niestety nie należał do udanych, bo przez całe 3 dni lało jak z cebra i nie było sensu wychodzić z pokoju, chyba że do baru. W sumie można było zorganizować „tubing”, jak to się fajnie z angielska nazywa, na sucho, bo przecież chodzi dokładnie o to samo! Znam jednak ludzi w Polsce, którzy już dawno wprowadzili to w życie – w końcu Polak wynalazł lampę naftową, niebieski laser, to i tubing na sucho potrafi;)

Miarą popularności tego miejsca jest to, że wcześniej wszędzie gdzie byłem widywałem ludzi w koszulkach „VangVieng Tubing”. Jest jeszcze jedna „ciekawa” rzecz związana z VV, mianowicie w barach non stop puszczają Przyjaciół. Od rana do wieczora, praktycznie w każdym barze, wszystkie odcinki, można siedzieć od śniadania do północy i żaden się nie powtórzy. Obejrzałem tak z pięć odcinków pod rząd (na trzeźwo;) i więcej nie dałem rady, no chyba, że byłby w trakcie „tubingu na sucho”;)

Dalej ruszyliśmy do stolicy, czyli Vientiane. Różnie się od innych miast w Laosie tym, że jest prawdziwym miastem – w naszym rozumieniu oczywiście;) Jednak jak się okazało, niezbyt ciekawym… Tutaj niestety też padało, więc zrażeni deszczem i ogólnie rozczarowani krajem postanowiliśmy po 2 dniach ulotnić się zupełnie bez żalu do Tajlandii, skąd piszę te słowa.

Teraz jeszcze na koniec kilka spostrzeżeń na temat laotańskiego komunizmu:

- wszechobecne komórki, facebook, skype itd. :)

- oczywiście wszystkie „oryginalne” marki: Ray Ban, D&G, itd. ;)

- dość często spotykane lexusy, s klasy, infiniti, itd. ;)

- z drugiej strony jednak to wszystko co wymieniłem powyżej dostępne jest dla wybranych (może poza pierwszym myślnikiem. Bo całej reszty dotyczy brak dróg, straszna bieda na wsiach, brak łazienek w domach, niejednokrotnie brak prądu… Nie chcę tego roztrząsać, ani oceniać, bo to nie jest miejsce ku temu, jednak nie wiem na ile funkcjonowanie w takich warunkach miałoby miejsce, gdyby Laos nie był krajem o takim, a nie innym ustroju.

 

Jednak żeby nie było tak podniośle i patetycznie na koniec zapraszam na:

WITAJCIE W AZJI:

Na całym świecie popularne są zwierzęta domowe, u nas psy, koty, szczury, wije (tak, tak znam dobrze kogoś, kto miał WIJA w domu – pozdro M. ;)) Ciekawe, kto od razu wiedział, co to wij?;) Ja nie miałem pojęcia;) natomiast tutaj ludzie hodują sobie:

 małpa na łańcuchu

 

ROZWIĄZANIE KOŃKURSU z poprzedniego tygodnia:

Komisja w składzie: niestety tylko ja, bo Marta nadal wzdycha do swojego ukochanego bez dwójek;) Uznaje 2 odpowiedzi za najlepsze. Udzielili ich: Marek J i Łukasz S. Obaj proszeni są o sprawdzanie skrzynek pocztowych, za jakiś czas ;)

 

KOŃKURS:

Na odpowiedzi czekam pod adresem: misio9MAŁPAgazeta.pl. Pytanie brzmi następująco:  Kto jest najdłużej panującym monarchą na świecie. W tym miejscu moja prośba, o nie kopiowanie, tylko własnoręczne przepisanie imienia i nazwiska ;)

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci