Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Jukatan – nie tylko plażowanie.

misio9

Od ostatniego wpisu minęła już chwila, ale prawda jest taka, że trochę brakuje mi czasu na pisanie, tyle się dzieje, praktycznie każdy dzień jest wypełniony, a wieczory, no cóż, wieczorami króluje:

 

tequila w Meksyky

Staram się zresztą nie pisać po alko, bo potem na drugi dzień, człowiek łapie się za głowę, co za głupoty powypisywał… Jakoś tak się poukładało, że po opuszczeniu Riviera Maya (czyli terenów od Cancun na południe) ruszyliśmy dalej eksplorować najpopularniejszy meksykański półwysep, czyli Jukatan. Teoretycznie, po co ruszać się z nad morza, skoro są tam jedne z najpiękniejszych plaż, jakie w życiu widziałem. Ano dlatego, że nie samymi plażami człowiek żyje (choć plażownie w grudniu nie jest najgorsze;), a oprócz tego są tam ciekawe ruiny i kolonialne miasta... Poza tym, Meksyk jest tak różnorodny i ciekawy, że grzechem byłoby spędzić cały czas tylko na wybrzeżu, które patrząc teraz z perspektywy innych miejsc jest baaardzo drogie, z czego zresztą wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Niech za przykład posłuży tacos, na wybrzeżu nie schodziło poniżej 25-30 MEX, natomiast tutaj gdzie jesteśmy to koszt około 15. Niby nie wiele, ale porównując dwa miejsca na wskroś turystyczne, różnica jest duża…

Jednak zanim opuściliśmy Jukatan, ruszyliśmy najpierw do Valladolid. Samo miasto było dla nas niemałym zaskoczeniem, bo było na wskroś lokalne, naprawdę na palcach jednej ręki można było policzyć sytuację, gdy mijaliśmy jakiegoś turystę. Na potwierdzenie powyższego wystarczy zobaczyć, jak tam wyglądają ulice:

ulica Valladold Jukatan

ulica Valladolid Jukatan Meksyk

ulica Valladolid Meksyk

ulica Valladolid Meksyk

Valladolid Meksyk

uliczny bar Valladolid Jukatan Meksyk

Patrząc na powyższe zdjęcia można mieć wrażenie, że nie ma tam nic ciekawego, jednak nie jest to do końca prawda. Po pierwsze fakt przebywania w „normalnym” mieście jest sam w sobie ciekawy, można zobaczyć jak wygląda takie zwykłe, codzienne życie ludzi, którzy na przestrzeni lat nosili takie wąsy:

typy wąsów w Meksyku

Poza tym w Valladolid jest z większych cenotów w okolicy. Jest on jeszcze o tyle ciekawy, że znajduje się praktycznie w centrum miasta. Fajna opcja szczególnie w upalne dni, których w tamtej okolicy nie brakuje. Nie ma nic lepszego niż dać nura w przerwie obiadowej. To, co wyróżniało to miejsce, od Grand Cenote, w którym byliśmy wcześniej to fakt, że jest tam ciemniej i głębiej, przez co widoczność jest dużo słabsza, natomiast są półki skalne, z którym można poskakać!:)

cenot w Valladolid

Oprócz cenotu, miasto znane jest z budynku, w którym kiedyś znajdował się klasztor, teraz natomiast służy wąsatym Meksykanom jako kościół:

stary klasztor Valladolid

Szwendając się wieczorem po mieście mieliśmy szczęście trafić na paradę z okazji nachodzącego Bożego Narodzenia. Wszystko polegało na tym, że obładowane ludźmi pickupy krążyły po mieście trąbiąc niemiłosiernie i rzucając w przechodniów… słodyczami! Chyba nie było osoby, której by się to nie podobało, no może poza tymi tkwiącymi w korkach i rzucającymi ciche przekleństwa pod wąsem J

parada świąteczna Valladolid

parada przed Świętami Valladolid

parada przed Bożym Narodzeniem Valladolid Meksyk

Jak już poruszyłem temat Świąt warto dodać, że mimo iż tutaj nie ma śniegu i mrozu, to choinki są wszechobecne, do tego na każdym placu, skwerze i praktycznie na każdej witrynie sklepowej można znaleźć motywy świąteczne, a z głośników dobrzmiewa Feliz Navidad w każdej możliwej wersji.

Święta w Meksyku

ozdoby świąteczne w Meksyku

ozdoby świąteczne w Meksyku

Jednak najważniejszym powodem, dla którego przyjechaliśmy do Valladolid jest to, że stąd najłatwiej dostać się do Chichen Itza.

Chichen Itza Jukatan

Chyba nie tylko dla mnie jest to miejsce, które jako pierwsze pojawia się w wyobrażeniach, gdy myśli się o Meksyku. Niby jest to atrakcja, którą odwiedza rocznie kilka milonów osób, ale to przecież nie jest prawdziwy Meksyk. To prawda, należy to do dziedzictwa Majów, ale ten kraj ma do zaoferowanie dużo więcej niż te konkretnie ruiny. Nie żebym był im przeciwny, bądź był do nich sceptycznie nastawiony, bo zrobiły na mnie duże wrażenie, jednak trzeba mieć gdzieś z tyłu głowy, że to w dalszym ciągu jest tylko niewielki procent z tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Niemniej, to o czym opowiedział nam przewodnik (też fajna historia, bo na miejscu szukając kogoś w miarę fajnego, trafiliśmy na parę Polaków mieszkających na stałe w USA, z którymi podzieliliśmy koszt osoby, który była dla nas alfą i omegą na terenie Chichen Itza) uzmysłowiła nam, że tak naprawdę niewiele wiemy! To w jaki sposób Majowie planowali i budowali wszystkie swoje miasta oraz świątynie jest dla mnie jedną z największych niewiadomych… Wszystkich zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, dodam tylko, że liczba schodów, które widać na poniższym zdjęciu nie jest bez znaczenia….

Chichen Itza Jukatan

Chichen Itza Jukatan

Należy dodać tylko, że podobnie jak w Tulum, zaplanowaliśmy wizytę zaraz po otwarciu, tak aby unikąć tłumów. Jak się okazało, była to jedna z najlepszych decyzji, bo około 10:30 zaczęły zjeżdżać tam dziesiątki autokarów z turystami. Jak się wcześniej dowiedzieliśmy od naszego przewodnika, w sezonie ruiny nawiedzane są przez dobrze ponad 10 tys turystów dziennie. Dzieje się tak ze względu na fakt, iż z Cancun jest tam około 1,5 h jazdy, co dla leniwych Amerykanów (choć słyszeliśmy też i polski i inne europejskie języki) jest idealną odległością na jednodniową wycieczkę…

Prosto z Chichen Itza ruszyliśy do Meridy, która przez niektórych określana jest jako perła Jukatanu, a gdzie dzięki Couch Surfingowi mieliśmy zapewniony nocleg u lokalnego gospodarza. Chłopak, który miał nas przyjąć u siebie nazywa się Daniel i ma ponad 300 pozytywnych recenzji w tym serwisie, co może tylko o nim dobrze świadczyć… Dlatego też pełni dobrego nastawienia ruszyliśmy prosto do jego domu aby zostawić rzeczy i zrobić rekonesans. Ciężko opisać nasze pierwsze wrażenie, ale niech wystarczy tylko fakt, że żadne z nas nie chciało tam zostać nawet chwili. Co by nie mówić, od razu ruszyliśmy w miasto żeby zastanowić się co dalej! Rzecz w tym, że takiego bałaganu/burdelu/bajzlu/syfu (niepotrzebnego do skreślenie nie ma;) dawno nie widzieliśmy. Sytuacja wygląda tak, że chłopak pracuje z domu, co oznacza, że nie rusza się z hamaka, w którym też śpi. Natomiast dla gości pozostają dwa materace wyposażone w pościel, jednak ciężko określić, kiedy widziała ona pralkę... Nie zdziwiłbym się gdyby pamiętały jeszcze danielowych gości sprzed roku. Niech za potwierdzenie tego faktu służy to, że w nocy wolałem marznąć przy oknie zamiast przykryć się kołdrą. Najszczęśliwsza w tej sytuacji była Marta, która spała w śpiworze, natomiast ja z Magdą byliśmy zdani na to, co miał do zaoferowania Daniek.

Daniel Merida

daniel Merida

daniel Merida

Niektórzy mogą pomyśleć, że poprzewracało nam się w głowach i wybrzydzamy, ale uwierzcie, to był jakiś dramat. Oprócz tego, że w jego pokoju był bajzel, to na przykład przy na wejściu do domu, między kanapą, a choinką na podłodze leżały rozrzucone pomarańcze:) Brzmi abstrakcyjnie, ale zdarzyło się naprawdę… Co więcej, gdy byliśmy z Danielem na kolacji, dodał mimochodem, że razem z nami (śpimy wszyscy w jednym pokoju: Daniel, Marta, Magda i ja i mamy do dyspozycji hamak – tam śpi nasz gospodarz, i dwa materace) następną noc spędzą dwie Meksykanki! Nie wiem, jak on to sobie wyobrażał, ale w sobotę rano, gdy my dopiero otwieraliśmy oczy, owe dwie jego rodaczki zameldowały się w pokoju. Bez komentarza… Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zawinąć swoje manele i poszukać jakiegoś noclegu… Na koniec wątku Davida dodam jeszcze tylko, że wieczorem zabrał nas do swojej ulubionej, egzotycznej knajpy… niemieckiej, gdzie serwowali m.in. bratwursty, kartofel sallad, ładna mi to egzotyka:)

Pomijając danielowy epizod, Merida okazała się fajnym, kolonialnym miastem, gdzie dane nam było odwiedzić miejscowy targ:

na targu w Meridzie

fryzjer na targu w Meridzie

targ w Meridzie

targ w Meridzie

targ w Meridzie

targ Merida

Oraz kupić dla mnie kapelusz, który akurat Marcia przymierzała

targ Merida

Oprócz targu byliśmy też w lokalnym muzeum, gdzie widać jak popularny w miejscowej sztuce jest motyw śmierci:

motyw śmierci muzeum Merida

motyw śmierci muzemu Merida

motyw śmierci muzeum Merida Meksyk

Natomiast życie na ulicach toczy się swoim zwykłym torem:

ulica Merida Meksyk

na ulicy w Meridzie Meksyk

na ulicy w Meridzie Meksyk

na ulicy w Meridzie

Po traumatycznych przeżyciach związanych z naszym gospodarzem w Meridzie, zdecydowaliśmy się ruszyć do Campeche…

campeche Jukatan

Miasto niby podobne do Meridy, też kolonialne, jednak na wskroś inne.

ulice Campeche Meksyk

na ulicy w Campeche

Po pierwsze jest dużo mniejsze, przez co mniej jest tam jest też turystów, poza tym Campeche leży w innym stanie, co skutkuje innymi rejestracjami:

 

rejestracja stan Campeche

Cały ruch turystyczny skupia się na starym mieście, które otoczone jest murami, co jest wyjątkiem na meksykańską skalę. Dzięki czemu cała kolonialna zabudowa zebrana jest w jednym miejscu:

kolonialna zabudowa Campeche

kolonialna zabudowa Campeche

Ma to jeszcze jeden plus, nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć fajne miejsce, gdzie serwują tequilę (choć muszę przyznać, że dziewczyny to raczej gustują w Margeritach:)

uliczny bar w Campeche

Oprócz kolonialnej zabudowy, w Campeche znajdują się dwa forty, z których tylko jeden okazuje się naprawdę ciekawy, bo w drugim dwa lata temu zabrano do renowacji większość eksponatów i których do dnia dzisiejszego nie oddano;)

fort w Campeche

fort w Campeche

fort w Campeche

fort w Campeche

fort w Campeche

Jednak największe wrażenie oprócz muzeum, gdzie można zobaczyć m.in. taki eksponat:

eksponat w muzeum w Campeche

zrobiły na nas oba kościoły, które znajdują się w ramach starego miasta, katedra:

katedra w Campeche

I kościół pw Św. Krzysztofa (tak mi się przynajmniej wydaje;)

kościół w Campeche

Z tym miastem kojarzy mi się jeszcze sytuacja. Mianowicie, Marta postanowiła zrobić sobie paznokcie. Poskutkowały moje i Magdy namowy, żeby poszła do miejscowego salonu piękności, który prezentował się jak poniżej:

salon kosmetyczny Campeche

Marcia, pełna nadziei zasiadła na wprost pani, która zdawała się być bardzo doświadczoną i pewną tego, co robi:

u kosmetyczki w Campeche

Jednak efekt (nie znam się na tym za dobrze, jednak grzechem byłoby tego nie potwierdzić;) był daleki od oczekiwań:)

 

manicure w Campeche

PS

Oczywiście nie obędzie się bez elementów gastronomicznych, w końcu jestem w Meksyku, a niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu źle się kojarzy miejscowa kuchnia:)

jedzenie Meksyk

jedzenie Jukatan

jedzenie Jukatan

KOŃKURS:

Wracamy do dawnej tradycji końkursów. Tym razem do wygrania oryginalny prezent prosto z kraju wąsatych Mariachi :) wystarczy odpowiedzieć na pytanie: na ile miesięcy Majowie dzielili rok wg swojego kalendarza słonecznego. Pierwsze dwie osoby, które prześlą odpowiedź na adres: misio9MAŁPAgazeta.pl mogą liczyć na ciekawe nagrody!

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość *.dynamic.kabel-deutschland.de

    Marcia, trzeba było sie nie wiercić u pani manikiurzystki

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci