Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Aloha, bo zawsze jest gdzieś to idealne miejsce…

misio9

Powiedzieć, że opuszczaliśmy Fortalezę z żalem byłoby przesadą. Był to po prostu kolejny przystanek na naszej trasie. Mieliśmy fajnego hosta, dzięki któremu mogliśmy choć trochę liznąć miasto. Poza tym załatwiliśmy temat zdrowotny, więc z czystym sumieniem ruszyliśmy dalej. Jednak dzięki temu, że spędziliśmy czas z Piotrkiem, mieliśmy szansę poznać zdanie miejscowego co do naszego kolejnego przystanku. Do wyboru były dwie opcje, jedna bardziej imprezowa, coś w stylu Jeri, które dopiero co opuściliśmy, a druga bardziej spokojna i na nią postawiliśmy. Gdybym od początku wiedział, co nas tam czeka, nawet bym się nie zastanawiał… Najpierw musieliśmy jednak dojechać, co nie do końca wydawało się łatwe. Ważne, że po drodze zarezerwowaliśmy sobie nocleg i tutaj dodam jedną rzecz, oceny klientów na Bookingu (z tego serwisu zazwyczaj korzystamy) są przeważnie miarodajne. Szczególnie jeśli znajdzie się coś, co jest oceniane powyżej 9 - takie też miejsce wybraliśmy. Ok, wysiedliśmy po 4 godzinach w miejscowości Aracati, a dalej mieliśmy tylko jakieś 45 km do przejechania, z tym, że akurat nic tam nie jechało. To znaczy jechało do najbliższej miejscowości, ale stamtąd też musielibyśmy jeszcze dojechać. Widząc, że jest generalnie słabo z transportem, postanowiliśmy od razu kupić bilety na następny dłuższy odcinek naszej trasy – piątkowy, nocny autobus do Recife. To był błąd, ale o tym zaraz. Mieliśmy te bilety i stwierdziłem, że może spytamy jakiegoś Seniora z taksówki o dojazd do naszego obiektu. Okazało się, że Pan początkowo chciał 80, ale finalnie stanęło na 50 R$ (chyba już trochę lepiej u mnie z negocjacjami;) za 45 km – niezła stawka, nie?!:)

 

Szybko minęło te 40 min, które spędziliśmy w taksówce, dojechaliśmy do jakiejś wsi, a tam dramat! Ocean jakiś taki brzydki, bardzo wiejsko, powiedziałbym prosto, Marta tylko powiedziała z przerażeniem w oczach „gdzie myśmy trafili?!”. Do tego wszystkiego jeszcze do Alohy, jak nazywa się przybytek, w którym mieliśmy spędzić następne 4 dni nie można było dojechać zwykłym samochodem i ostatnie 300 metrów musieliśmy pokonać maszerując z plecakami.

To jest kluczowe, bo okazało się, że Aloha położona jest jako ostatnia w pierwszej linii przy Oceanie. Z jednej strony nie ma już nawet innych budynków! Do tego cały ośrodek oferuje tylko dwa apartamenty, a my jesteśmy jedynymi gośćmi. My zdecydowaliśmy się na ten większy, dzięki czemu mieliśmy do swojej dyspozycji łazienkę, jedną sypialnię, którą zamieniliśmy na standardowy w naszym przypadku „burdel” oraz główną sypialnię z tarasem, z którego rozpościerał się widok na Ocean i okoliczne palmy!

Aloha - Icapui

Nie jestem Norwidem, Słowackim, czy innym Chryzostomem Paskiem, więc nie będę nawet próbował tego opisywać, ale poczułem, że to jest to miejsce, tego szukałem!

Niby nie jest najpiękniej (przynajmniej tak mi się wydawało na początku), bo Ocean mógłby być ładniejszy, piasek bardziej żółty itp, do tego jeszcze nie ma nic ciekawego w pobliżu, ale nie to jest najważniejsze, a klimat i atmosfera miejsca. O to wszystko dbają tutaj Marta (zbieżność imion chyba przypadkowa) i jej Chłopak, którego imienia już nie pamiętam. Oboje pochodzą z południa Brazylii i kiedyś, gdy wspólnie podróżowali po Brazylii, dotarli do Playa Redonda i też poczuli, że to jest to miejsce. 1,5 roku ciężkiej pracy zajęło im doprowadzenie Alohy do obecnego stanu. Ona jest z wykształcenia psychologiem, on inżynierem, ale postanowili zostawić korpo życie w Sao Paulo i otworzyć pensjonat tysiące kilometrów dalej na północ, gdzie słońce świeci 10 miesięcy w roku! Teraz oprócz opieki nad gośćmi nasza gospodyni skupia się na swojej nowej pasji, pływaniu na desce…

Aloha - Marta właścicielka

Oprócz dwóch apartamentów, w weekendy Aloha zmienia się w niewielką restaurację sushi, a na co dzień serwują swoim gościom śniadania

Aloha Icapui

oraz jeśli ci są zainteresowani, kolację do wyboru z niewielkiego menu. Oprócz tego przez cały dzień można zamówić u nich kawę, piwo, Caipirinhę itp. Oboje są tak serdeczni, uprzejmi i mili, że nie można ich z miejsca nie polubić! Do tego Marta trochę mówi po angielsku, dzięki temu mogliśmy nawiązać ciut bliższy kontakt.

Gdy już zrobiliśmy burdel w pokoju (czytaj: wypakowaliśmy kilka a może kilkanaście niezbędnych rzeczy z plecaków), wypiliśmy piwo rozkoszując się widokiem z balkonu,

Aloha Icapui

ruszyliśmy do wsi znaleźć coś do jedzenia.

Aloha Icapui

Aloha Icapui

Byliśmy chyba jedynymi turystami, a na pewno jedynymi spoza Brazylii. Żeby zdać sobie sprawę jak wygląda ta wieś trzeba wyobrazić sobie miejsce, gdzie są może dwa, trzy „sklepy”,

Aloha Icapui - sklep

Do tego działa nawet budka telefoniczna, kto ostatnio korzystał z takiej ręka w górę!:)

Aloha Icapui - budka

do tego klika miejsc na kształt restauracji, albo jadłodajni i na tym koniec. Nawet pralni nie było, a te zawsze można znaleźć w miejscowościach turystycznych.

Pierwsze wrażenie podobnie jak w przypadku Jeri nie było zbyt pozytywne, a to głównie ze względu na fakt bardzo głębokiego cofania się oceanu w czasie odpływu. Jest to bardzo widoczne szczególnie w okolicach południa, gdy woda zaczyna się dopiero ładnych paręset metrów od brzegu i oczom ukazują się wszystkie głazy, skały, które przez resztę dnia pochowane są w wodzie…

Aloha Icapui

To, że Aloha tak nam się spodobała wynika głównie z tego, że nic nam tam nie przeszkadzało. Nie było innych gości, w około prawie brak turystów, sielska atmosfera, przyjaźni właściciele, naprawdę ze wszech miar nam się tam podobało. Do tego jeszcze słabe wifi (co w tym przypadku uznaję za zaletę:) Ale co można robić tam przez cztery dni? Ano właśnie na nudę nie mogliśmy narzekać. Wybraliśmy się między innymi na długi spacer plażą (jak później pokazały inteligentne urządzenia zrobiliśmy około 10 km), a że trochę to trwało dopadła nas najzwyklejsza głupawka:

Aloha Icapui

Aloha Icapui

Oprócz tego, robiliśmy zdjęcia niczym japońscy turyści, ze spaceru było ich chyba ze 200! Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy na urlop brało się kliszę na 24 zdjęcia, a co bogatsi to mogli sobie pozwolić nawet na 36 klatek;)

Aloha Icapui

Aloha Icapui

Szliśmy tak ze dwie godziny, aż zgłodnieliśmy i w pewnym momencie byliśmy nawet wkurzeni, że nie wzięliśmy nic ze sobą, ale dosłownie po 10 minutach dotarliśmy do jakiejś wsi, gdzie jedyna restauracja okazała się otwarta – byliśmy uratowani! Tym bardziej, że oprócz jedzenia, brakowało nam też już wody. Ale na szczęście byli odpowiednio zaopatrzeni, bo przecież nie od dziś wiadomo, że nic nie gasi pragnienia lepiej niż Caipirinha, piwo;)

Aloha Icapui - restauracja gdzieś tam

Ludzie w restauracji nie mówili oczywiście po angielsku, nasz portugalski też za bardzo nie powala, ale od czego są ręce i google translator. Po obiedzie byliśmy prawie przyjaciółmi!:)

Marcia z kucharkami

W drodze powrotnej aparat nadal pracował na największych obrotach.

Aloha Icapui - dom na plaży

Aloha Icapui - pod palmami

W międzyczasie postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na krótką drzemkę pod palmą, przez półtorej godziny, które spędziliśmy na plaży przejechał dosłownie jeden motocykl! Zero ludzi, zero Januszy, zero parawanów. Cisza, spokój, żyć nie umierać!

my na plaży

W ogóle ciekawa sprawa z tymi parawanami – zapomniałem o tym wcześniej napisać -  gdy pokazaliśmy Piotrkowi i Elsomowi zdjęcia polskiej plaży zastawionej parawanami pytali co to takiego, po co ludzie to stawiają, gdy zaczęliśmy tłumaczyć ten polski fenomen spojrzeli po sobie, a ich miny wyrażały jakże sugestywnie „what the fuck?!”

Oprócz spacerów, można było pooglądać miejscowych grających w piłkę… na plaży:)

Brazylia piłka na plaży

Brazylia piłka na plaży

Kilka kilometrów od Alohy znajduje się jedno z najbardziej znanych miejsc w okolicy Punto Grosso. To wysoka skała, w sumie z jednej strony nawet klif, a z drugiej wielka wydma. Jako, że to największa atrakcja turystyczna w okolicy, postanowiliśmy się tam wybrać, spytaliśmy Martę (właścicielkę;) jak się tam dostać, a ona że jutro tam jadą i możemy się z nimi zabrać. Super, bo mogli nam polecić jakąś wycieczkę, czy też skasować za transport, a okazało się, że zabiorą nas od tak. Wycieczka była o tyle fajna, że zobaczyliśmy najbardziej znane miejsce

Punto grosso ceara brazil

Mogliśmy się też wspiąć na wydmę, co wcale nie było takie łatwe, bo do najniższych to ona nie należała, a poza tym piasek był tak gorący, że trzeba było szybko przebierać nogami, każdy dłuższy postój kończył się prawie oparzeniami stóp. Wejście nie powiem, było męczące, ale za to schodzenie, a raczej zeskakiwanie to już sama przyjemność:)

Punto Grosso Ceara Brazil

Poza wydmą i oglądaniem okolicy czekało nas jeszcze krótkie snurkowanie, czyli nurkowanie z maską i rurką – w końcu przydał się sprzęt targany przez pół świata, szału nie było, to nie Gili, gdzie pływaliśmy z żółwiami, ale tutaj po raz pierwszy miałem okazję karmić ryby z ręki;) Przewodnik dawał chętnym resztkę tuszy homara, wystarczyło wystawić rękę, a ryby same podpływały, częstując się bez pytania. Po wszystkim pojechaliśmy jeszcze do pobliskiej restauracji,

Punto Grosso Ceara restaurant

gdzie zjedliśmy wspólnie obiad. Tak z ręką na sercu, niech każdy kto to czyta odpowie sobie na pytanie, czy poszedłby do takiej restauracji? Jeśli nie, to miałby czego żałować, bo można tam dostać m.in. coś takiego:

Homary

Nie obyło się bez obowiązkowej sesji zdjęciowej z naszymi alohowymi gospodarzami;)

Aloha Icapui ja i gospodarze

Aloha Icapui Marcia z Gospodarzami

Do obiadu oczywiście było piwo, bo jakżeby to w Brazylii jeść obiad bez piwa?! A, że browar pomaga nawiązywać kontakty, Marcia postanowiła bliżej poznać się z panem, który był naszym przewodnikiem na snurkowaniu;)

Marcia i Gość

Tak w ogóle, to żeby dojechać do Punto Grosso musieliśmy czekać do 11 aż ocean się cofnie na tyle, że możliwe będzie przejechanie, bo miejscowi traktują plażę jak jedną z lokalnych dróg, które swoją drogą są w tragicznym stanie. Jak tylko woda się cofnie, wyjeżdżają wszelkiej maści motory, quady, czy samochody.

Aloha Icapui - samochodem po plaży

Co robiliśmy oprócz tego? Czytaliśmy, graliśmy w Scrabble, leniuchowaliśmy, słuchaliśmy oceanu (nie wiedziałem swoją drogą, że może być tak głośny), oglądaliśmy zachody słońca:

Aloha Icapui - zachód słońca

Ogólnie mieliśmy najlepszy chill out w życiu! To był dla mnie naprawdę magiczny czas, czegoś takiego szukam w podróżach, a przez pryzmat swoich doświadczeń z różnych miejsc wiem, że strasznie ciężko znaleźć coś, co będzie tak bliskie ideałowi… Gdybyśmy nie mieli wykupionych biletów na nocny autobus do Recife, na pewno zostalibyśmy dłużej, zresztą do ostatniego dnia mocno się wahaliśmy, czy nie zostać kilka dni dłużej… Dodam jeszcze, że właściciele Alohy pozwolili nam w dzień wyjazdu zostać w naszym apartamencie do której chcemy, czyli w naszym przypadku była to 19, gdzie w regulaminie wyraźnie napisane jest, że powinniśmy pokój opuścić do 12. Niby nic, ale gdy porównamy to z Meksykiem i miejscem w San Cristobal De Las Casas gdzie spędzaliśmy Święta i właściciele nie pozwolili nam nawet wziąć prysznica przed podróżą, widać jak do klientów podchodzą w Alosze… Zakochałem się w tym miejscu i chciałbym tam jeszcze wrócić, choć z drugiej strony mam świadomość, że mogłoby już nie być tak samo…

Aloha Icapui - plaża

A to wszystko za niecałe 170 zł za dobę

PS

Wybraliśmy się też raz do pobliskiego resortu na obiad, zamówiliśmy risotto z krewetkami i homarem, niech Marty mina posłuży za komentarz:)

risotto z krewetkami i homarem

 

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci