Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Brazylijskie Sopot i Jamajka z domieszką Chile

misio9

Tak to właśnie jest, mieliśmy na swojej mapie kilkadziesiąt miejscówek, które polecał Kleber w Bahii, najbardziej nastawialiśmy się na Itacare, które wydawało się wręcz idealne, nieduża mieścina z piękną plażą, nic tylko jechać! Taki był plan, ale pogoda dała dupy, jedynie na nią nie mamy wpływu. Co było robić, trzeba znaleźć inne miejsce, które pozwoli się jeszcze trochę nacieszyć oceanem. Stanęło na tym, że z Salvadoru polecieliśmy do Rio. Zdecydowaliśmy się na lot, bo autobus jechałby pewnie z dobę, a cenowo wcale nie było dużo lepiej. Poza tym z dwóch źródeł słyszeliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł, bo zdarzały się na tej trasie napady na nocne autobusy… Także nie było się nad czym zastanawiać i po 2,5 godzinie lotu przywitaliśmy się z Miastem Boga. Przyjechaliśmy tam, ale tylko po to, aby z lotniska udać się prosto na dworzec, a tam po godzinie siedzieliśmy już w autobusie do Paratów. Co to takiego te Paraty? Jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części Brazylii, leży mniej więcej w połowie drogi między Rio i Sao Paulo, więc idealnie dla tych, którzy chcą porzucić wielkomiejski gwar. Oprócz tego nie wiedzieliśmy o tym miejscu nic, nie było go na żadnej z naszych map, ale w przewodniku miały aż 3 gwiazdki, więc nie mieliśmy większych oporów przed przyjazdem tam. Nocleg znaleźliśmy w sieci, więc też luz, choć coś mi nie pasowało, bo w naszym budżecie dostępne było spanie tylko do czwartku. Okazało się po przyjeździe, że akurat w następny weekend odbywa się tam najważniejsza impreza w tym mieście - jeden z najbardziej znanych festiwali literackich w Brazylii. Stwierdziliśmy, że poczekamy do czwartku, zobaczymy co będzie się działo, a jak coś to się ewakuujemy gdzie indziej.

Pierwsze co nam się rzuciło w oczy po przyjeździe, to ceny! To jest jakiś inny świat, wszystko jest droższe niż w każdym innym miejscu, które do tej pory odwiedziliśmy. Okolice Paratów znane są z produkcji Cacachy, czyli podstawy Caipirinhy, więc byłem szczęśliwy, ale tylko przez chwilę… Okazało się, że pod latarnią najciemniej i mój ulubiony brazylijski napój kosztował tam średnio 18R$, gdzie wcześniej średnia cena nie przekraczała 10! Tak jak pisałem wcześniej, cena Caipirinhy, to swoisty index, który pokazywał nam, czy dane miejsce jest ok, czy raczej powinniśmy omijać je szerokim łukiem ze względu na ceny. Takie też okazały się Paraty, drogie! Ale nie ma się co dziwić, to w końcu coś na kształt naszego Sopotu, a dodatkowo w bliskiej odległości do Sao Paulo, gdzie mieszka ponad 20 mln ludzi, którzy nie mają dostępu do oceanu. Dobra dosyć narzekania, bo wcale nie było tak źle, przecież nie zawsze może być tanio! Czas w Paratach mijał nam leniwie,

Drinki na plaży w Paratach

Chodziliśmy na plażę, która do najpiękniejszych nie należała, ale zawsze można było skupić się na typowo plażowych aktywnościach

Paraty plaża

Zestaw plażowy

Jedyny problem był taki, że po zachodzie słońca robiło się naprawdę zimno! I to do tego stopnia, że musieliśmy ubierać długie ciuchy, tzn spodnie i bluzy, temperatura spadała do 16-17 stopni. W końcu to środek zimy!:) Jednak na szczęście znaleźliśmy lokalny bar, w którym serwowali Caipirinhę w normalne cenie, do tego był stół do bilarda, więc zimowe wieczory były nam niestraszne:)

Paraty gramy w bilard

Oprócz plażowania, wybraliśmy się na całodniową wycieczkę łodzią.

na łodzi w Paratach

Ja na łodzi w Paratach

Plan wycieczki był taki, żeby odwiedzić dwie małe plaże oraz dwie zatoki, w których można było się kąpać, z czego skwapliwie korzystałem.

Paraty w czasie wycieczki

Na początku do kąpania było wielu chętnych, jednak woda okazała się z lekka zimna, więc w końcu przydało się wieloletnie doświadczenie znad Bałtyku i w pewnym momencie zostałem sam;) Dzięki temu mogłem dowoli korzystać z dobrodziejstw łodzi.

Ja skaczę do wody z łodzi

W końcu też przydał się (dopiero po raz drugi) sprzęt do snurkowania, który targałem ze sobą od początku. Co prawda podwodny świat nie powalał, ale i tak było fajnie

Ja w wodzie

Mieliśmy szczęście tego dnia, po pierwsze dlatego, że na naszej łodzi było niewielu ludzi, przynajmniej w porównaniu do innych, które robiły tą samą trasę. Dodatkowo spotkaliśmy bardzo fajnych ludzi. Tutaj para z Chile:

Ja i sympatyczna para z Chile

Po jednym dniu zapraszali nas już do siebie, niestety coś się stało i nie mogę ich znaleźć na fb, mimo iż dodawałem ich do znajomych. Poza tym ona jest nauczycielką hiszpańskiego w Orlando gdzie mieszkają i obiecała, że będzie nam przesyłała teksty pomocne w nauce hiszpańskiego. Chyba będę musiał przeprowadzić jakieś internetowe śledztwo żeby ich odnaleźć, bo zawsze dobrze mieć metę na Florydzie. Oprócz nich poznaliśmy bardzo sympatyczną parę z Rio, które przyjechała do Paratów świętować 25 rocznicę pierwszej randki, którą mieli w tym miejscu.

ja i Brazylijczycy na wycieczce

Fajna to była wycieczka, bardzo luźna, kompletnie bez napinki, otwarty bar, do tego fajne widoki i plaże, nie trzeba więcej.

Ja z drinkiem na wycieczce

widoki w trakcie wycieczki

plaża na wyspie w czasie wycieczki

wyspa Paraty

widoki w czasie wycieczki Paraty

Tak prawdę powiedziawszy dopiero po wycieczce mogliśmy zobaczyć jak Paraty wyglądają w świetle dziennym. Wcześniej unikaliśmy centrum, bo woleliśmy relaks na plaży. Okazało się, że miasto jest całkiem przyjemne, niska, kolonialna zabudowa, brukowane ulice, jak na warunki brazylijskie spoko.

Ja na ulicy w Paratach

ulica w Paratach

ulica w Paratach

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w miejsce, które polecane było nie tylko przez właściciela Pousady, w której spaliśmy, ale też brazylijscy znajomi rekomendowali wyprawę do Praia do Sono. Dostanie się tam nie wydawało się skomplikowane, bo wystarczyło wsiąść w odpowiedni autobus, dojechać do ostatniego przystanku, a następnie ruszyć w godzinny trekking. To ostatnie wydawało się najtrudniejszym elementem, jednak finalnie okazało się, że to był raczej spacer, który tylko momentami okazał się lekko wymagający. W każdym razie, dotarliśmy po ponad godzinie do plaży, która była rzeczywiście urokliwa, a co ważniejsze prawie pusta

Praia do Sono Paraty

Tylko kilka malutkich restauracji, garstka turystów i my. Fajny dzień, tym bardziej, że miałem do skończenia książkę, także lepszych okoliczności nie mogłem sobie wymarzyć

Czytam na plaży

Oczywiście mieliśmy ze sobą aparat, więc nie zabrakło też tradycyjnych wariacji z aparatem

Marcia na Praia do Sono

Marcia na Praia do Sono

Wszystko było fajnie, tylko jak to na południu, dosyć wcześnie robi się ciemno, więc musieliśmy około 16 zawijać się z plaży, bo słońce zaszło i zrobiło się z lekka chłodno. Co więcej, nie chciało nam się wracać tą samą drogą, więc zdecydowaliśmy się na szybsze rozwiązanie, łódkę. Marcia się lekko bała, ale dała radę i jestem z Niej dumny, bo wcześniej coś takiego na pewno nie wchodziłoby w grę! Dopłynęliśmy do przystani gdzieś na prywatnym osiedlu dla booogatych ludzi, gdzie nie mogliśmy ruszyć się nawet na 100 metrów, bo wszystkiego pilnował smutny pan w ciemnych okularach. Musieliśmy czekać na busika, który zawiózł nas na przystanek autobusowy, a tam się okazało, że autobus nie przyjechał, bo zdechł gdzieś po drodze… Słońce zaszło, zimno jak w psiarni, a my w letnich ciuchach! Dobrze, że Marta miała chustę, były też ręczniki do przykrycia. W sumie od momentu opuszczenia plaży, czekaliśmy ponad 3 godziny na autobus! Dobrze, że nie byliśmy sami, oprócz nas utknęło tam jeszcze trochę miejscowych, bo nie wiem co byśmy sami tam zrobili… Ważne, że wróciliśmy cało i zdrowo, może z leksza zmarznięci, ale szczęśliwi, że się udało…

Czwartek, to dla nas pożegnanie z Paratami i przeprowadzka do Trindade, czyli jakieś pół godzinki miejskim autobusem. Trindade to jak napisał Antek z Belem weed beach, czyli brzmi nieźle;) Oj nie mylił się Antek, nie mylił, klimat jak na Jamajce, ludzie w dredach, słodki dym wyczuwalny niemal wszędzie. Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, jak to wygląda, od razu byśmy tam pojechali, zamiast siedzieć w Paratach. Okazało się, że to mała wioska z kilkunastoma restauracjami, ale o zupełnie innym charakterze niż w Paratach. Powiedziałbym, że jest tam dużo bardziej swojsko i luźniej, mniej są też nastawieni na turystów. Kiedyś to była typowo hipisowska miejscówka, nadal czuć ten klimat, a do tego normalne, brazylijskie ceny i jedna z najpiękniejszych plaż jakie widziałem!

My na plaży w Trindade

Być może nie wszystkim będzie to pasowało, bo plaża nie nadaje się za bardzo do pływania, ze względu na fale i prądy, ale dla mnie nie jest to przeszkodą, a nawet powiedziałbym, że jest swoistym atutem.

Ja na plaży w Trindade

Marcia w Trindade

Trindade plaża

Trindade plaża

 

Trindade plażaKształt, szerokość plaży, ilość ludzi, wszystko to sprawiało, że w moim odczuciu to zdecydowanie najlepsza plaża na jakiej przyszło mi opalać swoje cielsko. Do tego jak pisałem wcześniej słodkawy dym wyczuwalny niemalże, potęgujący doznania. Naprawdę 5 dni, które tam spędziliśmy było jednymi z najlepszych podczas całej mojej przygody oberżyświata.

Trindade plaża

Trindade plaża

Trindade plaża

To nie tak, że Trindade, to tylko ta jedna plaża, były też inne miejscówki, ale ja za nic nie chciałem się stamtąd ruszać, poza tym miałem do skończenia kolejną książkę, koniecznie chciałem się dowiedzieć kto zabił, więc nie w głowie mi były żadne wycieczki:)

Czytam na plaży w Trindade

Ale skoro w okolicach znajdował się rzekomo jeden z cudów natury, naturalne baseny, trzeba było się tam wybrać. Żeby tam się dostać czekał nas niemal godzinny spacer połączony z niewielką przeprawą przez las. Szczerze powiem, że spodziewałem się nie wiadomo jakiego wow, kilka osób naprawdę mocno zachwalało to miejsce, poza tym ilość ludzi, którzy razem z nami zdecydowali się wybrać w to miejsce świadczyła o tym, że chyba warto. I tutaj jest właśnie pies pogrzebany, bo w mojej ocenie chyba nie było warto się tam pchać. Powiem więcej, gdy zobaczyłem ten rzekomy cud natury, z pełną świadomością zacząłem żałować, że nie odpuściliśmy tematu i nie zostaliśmy na „naszej plaży”. Jak to wyglądało? Naturalny zbiornik wodny oddzielony od otwartego morza wielkimi głazami. Do tego mnóstwo ludzi i woda o kolorze, do którego najbardziej pasuje określenie sraczkowaty, ot cały cud natury! Zostaliśmy tam 10 minut i zrządziłem ewakuację. Na szczęście po drodze gość sprzedawał kokosy, więc mogłem utopić swoje smutki w orzeźwiającej cieczyJ

Co robiliśmy oprócz plażowania? Wiadomo, blog się sam nie napisze,

Blog się sam nie napisze

Książka też się sama nie skończy:)

Marcia w hamaku w Trindade

Generalnie byliśmy tam baaardzo mocno zajęci!:) Tak nam minął ponad tygodniowy pobyt w Paratach oraz Trindade i jeśli te pierwsze na kolana nie rzucają, tak dla mnie Trindade to must see i must be. Na pewno jeśli wrócę do Brazylii, będę chciał ponownie odwiedzić to miejsce.

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci