Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Selfie, piramidy i golenie głowy...

misio9

Ojj ciężko było mi się zebrać do pisania po powrocie, bo niestety już jakiś czas temu pożegnaliśmy Meksyk i wróciliśmy do zimowej Polski. Już pierwszego poranka tutaj stwierdziłem, że znowu bym gdzieś pojechał i co by tu zrobić żeby wyruszyć gdzieś na dłużej? Gdyby ktoś chciał zasponsorować mój kolejny wyjazd to zapraszam do kontaktu:)

Powroty powrotami, ale jest jeszcze parę rzeczy do opisania, które miały miejsce po drugiej stronie Atlantyku.

Po pierwsze (o czym pisałem poprzednio) przywitaliśmy Nowy Rok na największym placu w Ameryce Łacińskiej J Było fajnie, sympatycznie i bezpiecznie, o co można było się obawiać. Poza tym nie wiedziałem, że nasz pobyt w strefie vip sylwestrowego koncertu w Mexico City będzie jakoś implikował w przyszłości. Nie musiałem długo czekać, bo już dwa dni później miałem okazję się o tym przekonać... Stojąc i patrząc jak Magda poddaje się działaniom szamanki podchodzi do mnie gość i chce ze mną przeprowadzić wywiad. Nie żebym się nie ucieszył, ale oczywiście gram twardziela, że niby mnie to nie rusza, a tak w ogóle to nie rozmawiam z mediami bez swojego prawnika itp, ale w końcu się godzę. Gadamy chyba z 10 min o głupotach, chłopak nagrywa:

Udzielam wywiadu na Zocalo

I na koniec okazuje się, że... generalnie to on uczy się angielskiego i chciał sobie poćwiczyć! Tym samym prysły moje marzenia o szybkiej sławie w kraju Tequili. Co było robić, trzeba było zwiedzać dalej (wiem, brzmi to co najmniej jak jakiś przykry obowiązek), a że jest co zwiedzać w tym mieście, to plan był dość napięty.

Po drugie zaraz w Nowy Rok wybraliśmy się z Marcią na pewne wydarzenie, które nazywało się „Sin Piedad”, czyli po naszemu bez litości:

bilet na lucha libre

Wszystko miało miejsce w Arenie Mexico, czyli jednej z największych hal w Meksyku (i pewnie całej Ameryce Łacińskiej, choć pewnie gdyby tak było pewnie wszędzie by o tym trąbili;),

ja w Arena Mexico

która jest świątynią LUCHA LIBRE, czyli meksykańskich zapasów, w których większość zapaśników ukrywa się za maskami

Maski Lucha Libre

Dobrze trafiliśmy, bo imprezy z cyklu Sin Piedad należą do najważniejszych w branży, a co za tym idzie walczą w nich tak znani fajterzy jak: Olympico, Super Parka, Mistico, Cybernetico i cała rzesza innych gwiazd, ale nie ma sensu ich wymieniać, bo pewnie wszystkich ich dobrze znacie:) Zaczęło się od drużynowej walki kobiet, ha w końcu mamy mamy równouprawnienie, więc nawet panie mogą się tak targać za włosy, że nawet mnie na trybunach to bolało.

wlaka kobiet Lucha Libre

walka kobiet Lucha Libre

Potem weszli do ringu faceci:

Walka mężczyzn Lucha Libre

zapaśnicy Lucha Libre w akcji

Jednak walką wieczoru było starcie Meksyk – Japonia. Czyli pojedynek reprezentantów tych krajów, a stawką jak się okazało oprócz jakiegoś tytułu było golenie głowy!

Lucha Libre przegrany stracił włosy

My podchodziliśmy do tego na luzie, podobnie inni gringo na widowni, ale miejscowi widać byli bardzo wkręceni, podobnie reagowała skośnooka część widowni, a reakcja pewnej pani z kraju wiśni niekoniecznie kwitnącej (a może ona była z Korei lub Chin, kto ich tam wie i kto ich tam rozpozna?!:) była taka, jakby właśnie dowiedziała się, że Mikołaj nie istnieje!

japonka płacze po przegranej walce Lucha Libre

Całość trwała trochę ponad dwie godziny i było super doświadczeniem, ale na raz:) Bo w sumie już trzecia walka wydawała się nudna, choć nie można odmówić starań zapaśnikom. Lali się rzeczywiście niemiłosiernie, nawet świadomość tego, że część z tych popisów jest udawana nie odbierało nam frajdy oglądania, a niekiedy nawet cieszyłem się w duchu, że nie jestem na ringu, bo chyba wynieśliby mnie stamtąd nogami do przodu. Odejmując od całego spektaktlu element aktorstwa i tak pozostawała tam taka ilość prawdziwego mordobicia, że amerykański wrestling wydaje się przy tym rozrywką nadwyraz łagodną. Choć może moje odczucia były lekko zaburzone, bo daliśmy się skusić niezliczonym sprzedawcom i zapotarzyliśmy się w solidnych rozmiarów piwerko i tym samym ogląd sytuacji też był pewnie inny.

Piwo na Lucha Libre

Swoją drogą sprzedawców było tylu, że nie zdziwiłbym się gdybym zamówił żurek czy inne flaki i pewnie znalazłby się taki, który za momoment przyniósłby zupę i jeszcze spytał czy wolę chleb żytni, czy razowy!

Po drodze na galę zapasów mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda Mexico City od takiej mniej turystycznej strony. Jako, że tak jak pisałem wcześniej, czuliśmy się tam zupełnie bezpiecznie, wybraliśmy się do Areny Mexico na piechotkę. Po minięciu części historycznej oczom naszym ukazał się widok dość typowy dla miast w tej części świata:

Mexico City syf na ulicy

śmieci na ulicach Mexcio City

W sumie mnie to nie dziwi, w końcu to miasto jak każde inne, tyle że milion razy większe! A więc ma też milion razy większy problem ze śmieciami. Prozaiczna sprawa, sam wielokrotnie miałem problem gdzie wyrzucić jakiś papierek, opakowanie po lodzie, czy butelkę. Kosza na ulicy nie uświadczysz, a każde zagłębienie w murze, ścianie, czy chodniku pełne jest śmieci...

Na szczęście w kolejnym miejscu, które mieliśmy okazję odwiedzić nie ma tego problemu. Co jakiś czas porozstawiane były kosze. Koszy było tam dużo, ale ludzi było jeszcze więcej, stąd też wzmożona obecność tych pierwszych. Żeby ktoś mi nie zarzucił kłamstwa, to sami zobaczcie ile wiary (pozdr dla Wielkopolski;) się zjechało

Tłum w Teotihuacan

Zastanawiacie się pewnie, co to za miejsce tak licznie odwiedzane przez nie tylko miejscową gawiedź? Mianowicie jest to Teotihuacan (mam nadzieję, że nie popełniłem błędu, a obiecałem sobie, że nie skopiuję tej nazwy z sieci). Na początku też nie wiedzieliśmy za bardzo co to jest i musieliśmy szukać odpowiedzi w mądrych książkach

Co to jest ten Teotihuacan

Okazało się, że Teotihuacan jest dużym kompleksem ruin, a jego najaważniejszą częścią jest Piramida Słońca, która jest jedną z największych na świecie (i pewnie tym samym największą w Ameryce Łacińskiej;)

Piramida Słońca Teotihuacan

Z Marcią przed piramidą Teotihuacan

Teotihuacan Marcia kaktusy i piramida

Trzeba przyznać, że jest naprawdę duża i robie wrażenie. Szkoda tylko, że nie mogliśmy na nią wejść. Tzn. mogliśmy, ale stwierdziliśmy, że zrobimy to w drodze powrotnej, a wtedy okazało się, że ten sam pomysł miało też półtora miliona (lub coś koło tego) innych turystów, poniżej to widać:

Teotihuacan kolejka schodzących z piramidy

Zresztą jakby się przyjrzeć wszystkim powyższym zdjęciom, to praktycznie na każdym można dojrzeć tłumy na szczycie piramidy księżyca. Jedyną reakcją na to wszystko z mojej strony była rezygnacja:

Zrezygnowany w Teotihuacan

Skoro są piramidy, to i muszą być zdjęcia, a jakie jest najpopularniejsze zdjęcie z piramidą. Ano takie, gdzie dotyka się czubka. Ja też takie chciałem, no i wyszło. To znaczy prawie wyszło, a jak wiadomo prawie robi dużą różnicę:

Teotihuacan dotykam czubka piramidy

W naszej mądrej książce wyczytaliśmy, że cały komplek został wybudowany bez użycia metalu. Jak to możliwe? Wiadomo! Wykorzystywali najsilniejszych w okolicy, takich którym matka natura nie poskąpiła bicepsu, takich jak ten na zdjęciu:)

Teotihuacan ja i mój biceps

Skoro nie mogliśmy wejść na górę, a raczej nie chcieliśmy stać w kolejce, pozostało nam robić sobie mnóstwo fotek z piramidą w tle. Jak to robić? Oczywiście selfie,

selfie pod piramidą w Teotihuacan

selfie we troje przed piramidą Teotihuacan

Teotihuacan selfie przed małą piramidą

wtedy w ogóle robiliśmy mnóstwo fotek, prawie jak japońscy turyści, nawet panoramę zrobiliśmy prawie jak selfie.

panorama Teotihuacan

Żeby dostać się do Teotihuacanu trzeba było się dostać na jeden z kliku meksykańskich dworców autobusowych, ale żeby tam dojechać musieliśmy skorzystać z metra, a tam jak to w metrze. Całe spektrum społeczeństwa, indianie, ciemnoskórzy, biali, turyści, sprzedawcy, młodzi, starzy, kobiety robiące makijaż:

w metrze w Mexico City

Po powrocie w okolice hotelu trzeba było coś zjeść. Zauważyliśmy jedną knajpę w pobliżu, która nie zrujnowałaby naszego budżetu, a jedzenie też wyglądało zacnie. Głodni, pewnym krokiem ruszyliśmy w jej kierunku, a tam zonk.

kolejka przed wejściem do restauracji Mexico City

 

Okazuje się, że jest kolejka i trzeba czekać około 30 min na wejście. Co było robić, wpisaliśmy się na listę i pozostało czekać na moment, kiedy pani wykrzyczy Miguel Polonia (Michał Polska). W końcu doczekaliśmy swej kolejki i udało nam się zjeść, było smacznie, ale dupy nie urwało:)

Na koniec tradycyjnie musi być jakieś jedzenie, tym razem coś co zjedliśmy przed samą galą Lucha Libre:

Pyszne jedzenie w Mexico City

Z perspektywy czasu jedno z najlepszych dań jakie jedliśmy w stolicy. Z kolei to:

ogromny posiłek na dwie osoby Meksyk

Było danie przewidziane przez restaurację na dwie osoby! Nie mogliśmy tego we troje przejeść, a do tego jeszcze były dwie miski pełne tacosów! My nie daliśmy rady, ale patrząc na niektórych lokalnych, widać, że nie było to problemem, bo niestety rozmiarowo bardzo wielu przypomina Amerykanów...

ROZWIĄZANIE KOŃKURSU

Odpowiedzią na poprzednie pytanie jest: Aeropuerto Internacional Benito Juárez. Jako pierwszy poprawną wysłał Patryk F. i to on może spodziewać się nagrody!:) 

 

Sylwester z Trubadurami…

misio9

Ostatnio wchodzę na pocztę, patrzę a tam list od osoby związanej z serwisem blox, na którym publikuję swoje historie. Nie będę dokładnie pisał o co chodziło, ale generalnie sprawa jest taka, że nagle tysiące ludzi zaczęło wchodzić na mojego bloga i chcą ze mną nawiązać bliższą współpracę. Na początku się ucieszyłem, ale dla pewności loguję się, sprawdzam statystyki i… się obudziłem L No cóż niestety nie dane mi będzie podróżować i na tym zarabiać w najbliższym czasie…

Wcześniej pisałem o tym, że udało nam się ustalić plan na Sylwestra, ale żeby zaczął on się spełniać, musimy się przemieścić do DF, czyli do stolicy Meksyku, bo to właśnie tam zamierzaliśmy przywitać Nowy Rok. Nie powiem żebym się nie cieszył na takie obrót wydarzeń, w końcu nie często ma się taką okazję. Poza tym chyba zaczynam lubić duże miasta. Byłem pod wrażeniem Singapuru, Kuala Lumpur z perspektywy czasu też wydaje się super, Bangkok to dla mnie klasa sama w sobie - miasto o stu twarzach i milionach smaków. Europejskie miasta też przypadły mi do gustu, jedynie Bogota była nie do końca w moim typie, ale to chyba ze strachu i do tego za mało czasu tam spędziłem. Na DF wcześniej miałem okazję rzucić tylko okiem, ale to tak jakby patrzeć na ciasto przez szybę i jeszcze w opakowaniu i wypowiadać się na temat tego jak smakuje. Teraz przyszedł czas na bliższe spotkanie z tym gigantem i to jeszcze w tak gorącym okresie.

CDMX

Zaczęło się od tego, że o dziwo nie było wielkiego problem ze znalezieniem noclegu w centrum. Zajęło nam to może z 10 min i mieliśmy zrobioną rezerwację w naszym najlepszym jak dotąd hotelu w Meksyku (czysto, schludnie, winda, codzienne sprzątanie, klima, tv, tylko wifi wariowało) w odległości 300 metrów od Zocalo (czyli czegoś na kształt rynku, głównego placu), w okresie Sylwestra płaciliśmy za niego niecałe 600 MXN czyli coś koło 150 zł za 3 osoby! Dla porównania wrzuciłem Wrocław na bookingu, ceny były podobne, też 600 ale PLN za pokój…

W każdym razie dotarliśmy wieczorem do stolicy i ruszyliśmy żwawo do hotelu, a że jak wspomniałem wcześniej mieści się on niedaleko Zocalo, trzeba było przecisnąć się przez ten plac. Wyczytałem w przewodniku, iż jest to największy plac w Ameryce Łacińskiej (zresztą mocno widoczne są tutaj wpływy amerykańskie w tym względzie, tak jak w USA chwalą się np. największym na świecie pomnikiem skunksa, czy inną największą na świecie badziewną metalową dynią, tak tutaj na każdym kroku podkreślają, że coś jest największe, pierwsze, najzajebistsze w całej Ameryce Łacińskiej. Swoją drogą w Gostyniu chwalą się największym w Europie zbiornikiem na cukier, czyli w sumie podobnie;), a na świecie ustępuje tylko Placom Czerwonemu i Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Wyszliśmy z metra około 19:30, a tam tłum! W sumie czego się spodziewałem, w końcu mieszka tam tyle ludzi. Dodatkowo w okresie świąteczno-noworocznym na środku placu stoi ogromna choinka:

Choinkę na Zocalo widać już z daleka

Jednak nie ona jest największą atrakcją placu, a lodowisko które zbudowano na samym środku:

Lodowisko na Zocalu jest największą atrakcją

Od razu postanowiliśmy, że też skorzystamy z jego dobrodziejstw (w końcu jest zima, nie?!:) Jednak jak tylko zobaczyliśmy te kolejki po wejściówki, odpuściliśmy sobie ten pomysł na dobre. Widać, że i choinka i lodowisko przyciągają tam rzesze zwykłych Meksykanów, bo po zamknięciu tego drugiego nie szło prawie wejść do metra, a po bilety stał ogonek jak u nas po karpie w Lidlu! W sumie nie ma się co dziwić, bo niby gdzie indziej mieliby szansę pojeździć na łyżwach. Swoją drogą do tej pory zachodzę w głowę, gdzie oni się nauczyli jeździć?! Ja do tej pory nie umiem, tzn. umiem ale przy bandzie i bez hamowania, ale i tak po każdej wizycie na lodowisku przez następne kilka dni tak mnie boli ogonówka i obiecuję sobie: nigdy więcej ;)

Oprócz lodowiska i choinki, na Zocalo powieszono wielką Piniatę, której mam wrażenie każda meksykańska rodzina chciała mieć zdjęcie. Nie chciałem być gorszy, więc też zrobiłem

Chyba każdy Meksykanin chciał mieć zdjęcie z Piniatą

To co opisałem przed chwilą, to sezonowe atrakcje, które przyciągają mnóstwo lokalnych, natomiast na Nas największe wrażenie, zrobiła Katedra. Nie będę wspominał o szczegółach historycznych, czy architektonicznych, bo to każdy może znaleźć w sieci, w każdym razie dla Nas było to naprawdę wow, szczególnie w momencie, gdy wieczorami była ona illuminowana.

Illuminacja katedry w Mexico City

Illuminacja katedry w Mexico City

DF nie różni się za bardzo od innych meksykańskich miast, dlatego na głównym placu można było znaleźć różnej maści handlarzy

Handel kwitnie na Zocalo

Dzień jak co dzień na Zocalo

Indian

Indianin na Zocalo w Mexico City

I przeróżnych sztukmistrzów, artystów i szamanów. Do jednego z nich, a konkretnie do jednej poszła Magda, bo ponoć kobieta czyni cuda, chodzą też słuchy, że przy niej Wróżbita Maciej to leszcz! Generalnie Madzia nie chciała zdradzić po co jej te czary, coś kręciła, ale potem między słowami wyszło, że korzeń nie płonie, czy coś takiego… Madzia, mam nadzieje, że teraz nie tylko korzeń płonie, ale i całe ognisko:)

Szamanka odprawia czary na Magdzie

Starczy o tym Zocalo, bo wychodzi na to, że w DF nic więcej oprócz tego nie ma! A to g…o prawda;) Żeby nie być gołosłownym przytoczę tylko jeden fakt: w przewodniku jest o tym mieście ponad 80 stron, czyli tyle ile zajmuje opis niektórych stanów… W sumie w samym Centro Historico, czyli dzielnicy historycznej (tłumaczenie dla tych mniej kumatych;) jest ponad 1500 budynków, które są stare (ha, wiem że super opis, ale co więcej) i warte zobaczenia. Nie jestem żaden Bob Budowniczy, co bym chciał to wszystko oglądać, ale kilka z nich było naprawdę godnych polecenia. Jak dla mnie zdecydowanie numer jeden to Palacio de Bellas Artes. Przepiękny budynek w stylu rokokokoko, czy innym art-dresko – nie wiem nie znam się:) ale ważne, że mi się bardzo podoba i dam aż trzy jego zdjęcia.

Palacio de Bellas Artes nocą

Palacio de Bellas Artes w nocy

Widok z góry na Palacio de Bellas Artes

To ostatnie robione jest z wieży Torre Latinoamerica, a która swego czasu była najwyższym budynkiem w Ameryce Łacińskiej:). Tak prezentuje się z dołu:

ja przed Torre Latinoamericana Mexico City

Panorama z wysokości niecałych 200 metrów też wygląda nieźle:

Panorama Mexico City z Wieży Torre Latinoamericana

Panorama Mexico City z Wieży Torre Latinoamericana

Mogłaby wyglądać lepiej, ale niestety miasto cierpi z powodu smogu i wyczuwalne jest to w powietrzu.

smog - Panorama Mexico City z Wieży Torre Latinoamericana

Zastanawiam się w jaki sposób funkcjonują ludzie w Pekinie gdzie z tego, co gdzieś czytałem niebo widać kilka dni w roku? Na szczęście w Mexico City nie ma z tym aż takiego problem, czego dowodem może być poniższe zdjęcie:

czyste niebo w Mexico City

Będąc w tym mieście zdecydowaliśmy się wybrać do Muzeum Antropologicznego. Z zasady nie jestem miłośnikiem takich instytucji, jednak w tym przypadku z kilku źródeł słyszałem, że jest to jedno z must see w DF. Skoro tak, trzeba przekonać się na własnej skórze. No cóż, muzeum prezentuje się bardzo okazale nie tylko z zewnątrz:

budynek Muzeum Antropologii w Mexico City

Ale wewnątrz też jest masa ciekawych ekspozycji:

lokalne stroje Muzeum Antropologii w Mexico City

lokalne wyroby włókiennicze Muzeum Antropologii w Mexico City

twarze Meksyku Muzeum Antropologii w Mexico City

Rodzina Muzeum Antropologii w Mexico City

Dodatkowo przedstawiono tam eksponaty z całego kraju, przez co mamy zebrane w jednym miejscu okazy m.in. z Jukatanu, Chiapas, czy północnych części Meksyku.

tradycyjny pióropusz Muzeum Antropologii w Mexico City

Tradycyjna maska Muzeum Antropologii w Mexico City

Rzeźba Majów Muzeum Antropologii w Mexico City

Dodatkowo okazało się, że nie wzięliśmy ze sobą odpowiedniej ilości gotówki i niestety musiałem zostać dłużej i odpracować jeden bilet stojąc i trzymając tę kamienną obręcz (która Majom służyła za „bramkę” podczas rytualnych gier w piłkę) :)

ja w Muzeum Antropologii w Mexico City

Podsumowując wizytę w stołecznym Muzeum Antropologii, warto tam się wybrać, a już szczególnie na początku przygody z tym rozległym krajem, da to ogląd na to, z czym możemy się spotkać w poszczególnych jego częściach, a przez to pomóc w podjęciu decyzji, co chce się zobaczyć…

Po opuszczeniu muzeum trafiliśmy zupełnym przypadkiem na coś, co chcieliśmy przed przyjazdem tutaj koniecznie zobaczyć, a o czym kompletnie zapomnieliśmy. Mianowicie w parku naprzeciw odbywał się pokaz Danza de Voladores, czyli tradycyjnego meksykańskiego tańca w powietrzu. Wszystko polega na tym, że na placu stoi pal wysoki na 20-25 metrów, na który po odtańczeniu rytualnego tańca,

voladores jeszcze na ziemi

po kolei wspina się kilku tancerzy (w tym wypadku czterech)

wspinaczka Voladores Mexico City

wspinaczka Voladores Mexico City

Na górze zasiadają na specjalnej platformie, do której przywiązują się linami.

na platformie na górze Voladores Mexico City

Gdy już zostaną zabezpieczeni, nagle wszyscy zebrani na platformie rzucają się głową w dół i kręcąc się dookoła słupa, opuszczają się w kierunku ziemi:

w powietrzu Voladores Mexico City

w powietrzu Voladores Mexico City

Sam widok gości, opadających do góry nogami z takiej wysokości robi ogromne wrażenie, które potęgowane jest jeszcze rytualną melodią wygrywaną przez nich w trakcie kręcenia na bębenkach i fujarkach. Dodatkowo, gdy dojrzy się, w jaki sposób oni są zabezpieczeni, dochodzi się do wniosku, że chłopaki mają niezłe cojones!

Voladores grają na fujarkach będąc w powietrzu

zabezpieczenie Voladores Mexico City

To była zdecydowanie jedna z najlepszych atrakcji, jakie mieliśmy okazję zobaczyć do tej pory, dlatego głęboko sięgnęliśmy do kieszeni i dość duża kwota wpadła po wszystkim do indiańskiego kapelusza…

Jednak nie to było kulminacją tego dnia, a to dlatego, że mówimy o 31. Grudnia. Co oznacza, że trzeba coś zrobić w Sylwestra, a z racji tego, że tutaj sygnał nie dociera, więc odpada Sylwester z Polsatem;) musieliśmy coś wykombinować na własną rękę. Tak się jakoś złożyło, że wracając piechotką w dość dobrych humorach do Centro Historico,

po drodze na Sylwestra w Mexico City

po drodze na Sylwestra Mexico City

natknęliśmy się na wielką scenę rozłożoną na jednej z główniejszych arterii miasta. Okazało się, że to właśnie tutaj, a nie na Zocalo odbędzie się sylwestrowy koncert. Z racji tego, że byliśmy tam na długo przed godziną 00:00 nie było jeszcze praktycznie nikogo,

kilka godzin przed Nowym Rokiem w Mexico City

Weszliśmy pod samą scenę, co jak się potem okazało było strefą vip. Jako test nagłośnienia swój set grał jakiś miejscowy DJ, który naprawdę dawał radę, więc zabawiliśmy pod sceną przez dobre kilkadziesiąt minut. Jednak stwierdziliśmy, że nie damy rady tak stać o pustych żołądkach aż do północy, więc zdecydowaliśmy się opuścić teren imprezy i powędrować w poszukiwaniu ciepłej strawy. Jakoś tak się stało, że kolacja zajęła nam prawie 2 godziny i wracając na miejsce, gdzie wszystko miało się dziać, zobaczyliśmy już naprawdę dzikie tłumy, które oddzielone były dwoma rzędami barierek od terenu pod sceną, czyli strefy vip. Krótka narada i co robimy? Jak to co, idziemy do vipów, jeśli będą coś chcieli, powiemy że nie rozumiemy, a jeśli to nie zadziała, ryzykujemy tylko tym, że nas nie wpuszczą;)

My w strefie Vip, tlumy za plecami

Po dwóch minutach staliśmy 20 metrów od sceny i mogliśmy z bliska obserwować jak publiczność zabawia miejscowy gwiazdor estrady. Nie dość, że fajnie śpiewał, to jeszcze opowiadał kawały. Ja mimo, że łapałem może co 50 słowo z tego co on mówi, to żeby nie wyjść na głupka, co to nic nie rozumie, śmiałem się najgłośniej:) W między czasie nawet kilka razy pojawiłem się na telebimie, dzięki czemu pół DF mogło zobaczyć jak się rechoczę za cholerę niczego nie rozumiejąc!;) A to wszystko będąc prawie trzeźwym;) Naprawdę dawno się tak nie uśmiałem i piszę to zupełnie poważnie, gość potrafił wprowadzić taką atmosferę, że nawet nic nie kumając bawiłem się jak dziecko! Jednak to nie on miał być gwiazdą wieczoru, wszyscy czekali na zespół Los Tigres del Norte. Myśleliśmy, że to będzie prawdziwa bomba, bo co jakiś czas słychać było w rozmowach Tigres, Tigres, więc razem ze wszystkimi czekaliśmy z niecierpliwością aż osławione tygrysy wyjdą na scenę. Gdy w końcu to nastąpiło szał, pisk i wrzaski były takie, jakby sam Bieber przyjechał do gimnazjum w Oławie! Lecz zamiast Biebera na scenie pojawiły się jakieś stare pierdziele poubierane w marynarki z cekinami!

Koncert Sylwestrowy w Mexico City

Los Tigres del Norte Koncert Sylwestrowy w Mexico City

O Jezu jaki kicz! Ale chyba tylko nam nie przypadli do gustu, bo cały tłum wył przez dobrą minutę! Z mojej perspektywy, czyli po jakiejś pół godzinie ich koncertu z czystym sumieniem mógłbym ich porównać do naszych Trubadurów, zarówno jeśli chodzi o kostiumy, jak i warstwę muzyczną. No ale z drugiej strony ja jestem zniesmaczony, a pozostały milion osób na placu mało nie dostał orgazmu z radości, więc kto tu ma rację?

Naprawdę stwierdziliśmy, że nie będziemy ich słuchać przez ponad godzinę i ruszyliśmy piechotką w kierunku Zocalo, bo to w końcu najważniejszy plac w mieście i na pewno jest tam druga impreza, w końcu gdzieś się musi bawić te 20 mln ludzi! Droga zajęła nam prawie godzinę i dotarliśmy tam chwilę przed północą. Początkowo myśleliśmy, że się zgubiliśmy, że to inny plac, ten był prawie pusty. Może z 200 osób się tam zebrało i z tego co pamiętam byli to w większości turyści, widać że chyba wszyscy miejscowi pałają miłością do lokalnych Trubadurów i pognali na ich koncert.

Nowy Rok przywitaliśmy więc w kameralnym gronie na największym placu Ameryki Łacińskiej:) składając sobie życzenia i pociągając delikatnie rum z butelki;) Wszystko odbyło się w bezpiecznej atmosferze, nie było żadnych groźnych sytuacji, co mogłoby się wydawać prawdopodobne w taki dzień. W ogóle przez cały wieczór minęliśmy może ze 3-4 osoby pijane (było to już po 23), co było dla nas najbardziej zaskakujące.

ROZWIĄZANIE KOŃKURSU:

Poprawną odpowiedzią na pytanie jak się czyta nazwę stanu Oaxaca jest ŁACHAKA. Z racji tego, że nikt nie udzielił poprawnej odpowiedzi, następuje kumulacja… Żartuję, nie jestem z wiekowej komisji gier i zakładów, żebym robił kumulacje, ale nagrody nie przepadną;)

KOŃKURS:

Tym razem pytanie dotyczy DF, a konkretnie jak nazywa się lotnisko w stolicy Meksyku. Na poprawne odpowiedzi czekam pod adresem: misio9MAŁPAgazeta.pl

 

Święta, Święta i po Świętach…

misio9

Jakoś tak zbyt szybko zleciał nam ten pobyt w SC, najpewniej dlatego, że najpierw była Wigilia, potem wycieczki i zanim się zorientowałem, już siedzieliśmy w nocnym autobusie do Oaxaca. Nocne autobusy są o tyle lepsze, że jak sama nazwa wskazuje jadą najczęściej w nocy (choć w Azji zdarzają się wyjątki;), dzięki temu łatwiej jest przespać podróż, a ponadto pozwalają zaoszczędzić na noclegu. Nie jest z tym jednak aż tak różowo, bo przemieszczanie się w Meksyku jest pioruńsko drogie! Dla zobrazowania, o czym mówię podam tylko, że za ten autobus kosztował 800 MXN (czyli około 200 zł), jechał co prawda 12 godzin, ale i tak nie była to najdroższa opcja. Ok można pomyśleć, że to nie jest dużo za tak długą podróż, jednak jeśli porówna się to do kosztu noclegu, który średnio w naszym przypadku wynosił 600 peso i to za 3 osoby, to jednak ta kwota nabiera innego wydźwięku…

Te 12 godzin w autobusie minęło bez większych problemów, na pewno o wiele lepiej zniosłem to niż lot do Meksyku, który był podobnie długi i zameldowaliśmy się w Oaxace, stolicy stanu o tej samej nazwie. Tak naprawdę wybór tego miejsca był trochę przypadkowy, nie wiedzieliśmy gdzie mamy spędzić Sylwestra i jakoś urodził się plan żeby po drodze zahaczyć o to miasto. Generalnie planowanie miejsca gdzie będziemy świętować nadejście nowego roku nie było zbyt proste, po pierwsze ze względu na odległości – jak już pisałem ten kraj jest olbrzymi – po drugie ceny! Na początku chcieliśmy ruszyć się gdzieś na plażę, jednak większość miejscówek nad morzem, oczywiście tych w naszym budżecie była od dawna zarezerwowana… I to niezależnie, czy patrzyliśmy nad oceanem, czy Zatoką Meksykańską. Poza tym z SC jest wszędzie daleko i tak czy się tak trzeba się dostać do Oaxaci... Tak to wszystko brzmi prosto i łatwo, ale długo biłem się z myślami i gotowy byłem wydać naprawdę dzikie pieniądze za możliwość świętowania na plaży, ale rozsądek reszty ekipy wziął górę i… dobrze się stało.

Wracając jednak do Oaxaci, mieliśmy spędzić tam dwie noce w hotelu, który w sieci wyglądał nawet ładnie, cenowo pasował, lokalizacja też niczego sobie, czyli teraz powinna zapalić się lampka: gdzie jest haczyk? No tak powinna, ale się nie zapaliła, no i musieliśmy potem spać dwie noce w warunkach, które do najprzyjemniejszych nie należały. Nie wiem kiedy były robione zdjęcia i czy na pewno w tym hotelu, ale ni cholery nie wyglądało to podobnie! Gdyby był skategoryzowany, miałby pewnie ze 3 gwiazdki, ale chyba meksykańskie, bo na polską jedną nawet nie zasłużył. Obskurny, przygnębiający, ale miał szybkie wifi,  więc chociaż to poprawiało trochę nastrój (choć znam lepsze sposoby – patrz Mezcal;) Będąc na miejscu zdecydowaliśmy się po raz drugi w ciągu ostatnich paru dni na wykupienie wycieczki zorganizowanej, ale tylko ze względu na fakt, że nie bylibyśmy w stanie sami ogarnąć tych miejsc w tak krótkim czasie. Nie było źle, tylko że w czasie wyprawy do Sumidero było nas wszystkich z 15 osób, a tutaj jak się okazało był tylko nasz bus… i cztery inne!

No ale co było robić… pierwszym punktem wycieczki była fabryka dywanów. Ciekawie starszy pan opowiadał jak oni robią te dywany, że metody się nie zmieniły od setek lat, do tego ten pan nawet mówił co jakiś czas po angielsku, a to oznacza, że było to miejsce przygotowane pod turystów, ale z perspektywy czasu fajnie było zobaczyć jak oni to wszystko robią. Po pierwsze używają naturalnych barwników (jeśli wierzyć jego słowom)

Fabryka dywanów Oaxaca

Do tego sprzęt mają też wiekowy

Oaxaca fabryka dywanów

fabryka dywanów Oaxaca

Mnie przez cały czas jednak coś nie dawało spokoju, nie wiedziałem o co chodzi, co aż przyszło mi do głowy to pytanie: jak się robi latające dywany?! Gdybym tylko znał hiszpański (no tak niby wcześniej napisałem, że gość mówi po angielsku, ale z jego angielskim jest jak z moim hiszpańskim: umiem zadać pytanie, ale już odpowiedzi musi słuchać Magda, bo ja stoję, głupio się uśmiecham i mówię Si, Si;) od razu bym go spytał, a tak pozostał pewien niedosyt. Jako, że wycieczka obejmowała aż pięć miejsc, więc prosto z fabryki dywanów, a może przędzalni, czy jak to się tam nazywa, ruszyliśmy do ruin w Mitla, czyli jednego z głównych czynników, który nas przyciągnął do stanu Oaxaca. Fakt, że wcześniej widzieliśmy Tulum, Chichen Itza i Palenque wcale nam nie pomógł, a nawet sprawił, że to miejsce stało się jeszcze bardziej nijakie i blade, tym bardziej zwiedzane w grupie około 80 osób. No ale na coś nasza obecność się tam przydała, musiałem przez jakiś czas przytrzymywać strop przed zawaleniem:

ruiny w Mitla Oaxaca

A poza tym widzieliśmy tam po raz pierwszy prawdziwe, meksykańskie kaktusy!

kaktusy w Mitla

kaktusy w Mitla

we troje przy kaktusach w Mitla

Natomiast cała reszta okazała się niewielkim zbiorowiskiem kamieni z pozostałościami kilku budynków i dwoma placami

ruiny Mitla Oaxaca

Dodatkowo jak to zwykle w Meksyku bywa niedaleko stał kościół,

Mitla ruiny na tle kościoła

Który miałem nadzieję będzie podobny do tego w Chamuli i gotowy byłem odpuścić resztę wycieczki i zostać tam nawet na dwóch mszach gdyby tak się stało, jednak nie było mi dane tego sprawdzić i jedynie co nam pozostało to prężyć muskuły przed wejściem:)

kościół w Mitla Oaxaca

Hierve de agua było kolejny miejscem, które mieliśmy odwiedzić i było to miejsce, które tak naprawdę skłoniło nas do tego, żeby zdecydować się na wykup tej wycieczki. Ciężko jest tam dojechać na własną rękę, bo nie dość, że trzeba krążyć po miejscowych zadupiach,

zadupia Oaxaca Meksyk

to jeszcze do pokonania były trasy niczym z filmów drogi:

droga Oaxaca

W końcu udało się dojechać, co oznaczało dla nas nie tyle kolejny punkt wycieczki, co miejsce, gdzie będziemy mogli w końcu coś zjeść! Niby wcześniej gdzieś nas zwieźli, ale oferowali coś typowo pod turystów za dzikie pieniądze, a my jak na prawdziwych Polaków przystało przyoszczędziliśmy i nie daliśmy się naciągnąć. Nie ważne, że potem przez 2 godziny dziewczyny nie myślały o niczym innym jak o tacosach, na które wcześniej nie mogły już patrzeć, ale ważne że zaoszczędziliśmy!;) No ale przyjechaliśmy na miejsce i od razu rzuciliśmy się na jedzenie, Magda z racji tego, że była najgłodniejsza i poszła na wieś w poszukiwaniu jakiegoś prosiaka, a my z Marcią zdecydowaliśmy się na wariant bardziej wegetariański i wybraliśmy świeżego ananasa. Niby pisanie przychodzi mi łatwo i żadko mam problem, żeby dobrać słowa, ale uwiercie mi, nie jestem w stanie opisać smaku tego ananasa. To była poezja, ambrozja i gorący kubek w jednym;) po prostu mistrzostwo, nie wiem, czy głód miał na to wpływ (jak to mówiła moja Babcia – głód jest najlepszym kucharzem), ale tak smacznego owocu jeszcze nigdy nie jadłem:

ananas w Hierve de Agua

Do rzeczy jednak, Hierve de agua to kompleks wapiennych tarasów wypełnionych wodą (jest tylko jeszcze jedno takie miejsce na świecie, w Pamukale w Turcji), położonych w zjawiskowych okolicznościach przyrody. Nie jestem żaden Słowacki, Reymont czy inny Żeromski, więc nie będę tego opisywał, zobaczcie lepiej jak to wygląda:

Hierve de Agua

Hierve de Agua

Hierve de Agua

Marci udało się nawet zrobić tam zdjęcie wygrzewającego się na słońcu Walenia, co nie często się ponoć zdarza:

Hierve de Agua

Najedzeni, wykąpani (to piszę o sobie) ruszyliśmy dalej do miejsca, które było przeze mnie najbardziej wyczekiwane. Chodzi konkretnie o Mezcalerie, czyli manufakturę Mezcalu! Ojjj co to było za miejsce, najchętniej bym stamtąd nie wychodził. Można było próbować i próbować i próbować… szkoda tylko, że polewali do naparstków;) Poznaliśmy tam tajniki produkcji alkoholu z agawy (co jest przy okazji odpowiedzią na poprzedni KOŃKURS), okazuje się to niezbyt skomplikowane, może spróbuję czegoś podobnego w piwnicy, z braku agawy wezmę Yukę od sąsiadki, bo ma dużo tych kwiatów u siebie – o postępach obiecuję poinformować na blogu! Tak sobie myślę, że podróże to jednak naprawdę kształcą!:)

Mezcaleria Oaxaca

Mezcaleria Oaxaca

Ostatnio już wspominałem, że niektóre rodzaje Mezcalu produkuje się przy użyciu robaka, tym razem udało nam się zrobić wyraźniejsze zdjęcie, które to obrazuje - prawda, że wygląda smakowicie ;)

Robak w Mezcalu Mezcelria Oaxaca

W Mezcalerii Marta chciała mnie usidlić, ale moja mina na zdjęciu poniżej doskonale pokazuje moje nastawienie do tego pomysłu;)

Mezcaleria Oaxaca

Po wizycie w miejscu, gdzie wytwarzają ten wyśmienity trunek, wesoły autobus ruszył w drogę powrotną do Oaxaci, jednak po drodze mieliśmy do odhaczenia ostatni punkt wycieczki… Generalnie miało to być jakieś drzewo, z którego nabijaliśmy się od samego rana, bo co to może być za atrakcja, za obejrzenie którego trzeba jeszcze dodatkowo płacić. Gdy podjeżdżaliśmy było już ciemno i nic nie wskazywało na drewniane wow, jednak kolejny raz się mocno pomyliliśmy. Drzewo okazało się ogromne, można mieć też wrażenie, że jest tak duże, że daje cień dla połowy miasta, w którym się znajduje. Tym samym meksykański Dąb Bartek został zaliczony (naszego dębu nie widziałem, ale znam innego dużego Bartka;)

arbol de tule Oaxaca

A, że byłem po degustacji Mezcalu to i zdjęcia wyszły niezbyt wyraźne:)

Tym samym wycieczka została zakończona i my mieliśmy resztę wieczoru na szwędaczkę po mieście, które słynne jest z produkcji czekolady – czekoladziarnie można spotkać na każdym kroku

Sklep z czekoladą Oaxaca

Pięknego barokowego kościoła Santo Domingo

Kościół Santo Domino Oaxaca Meksyk

Kościół Santo Domino Oaxaca Meksyk

Kościół Santo Domino Oaxaca Meksyk

I klimatycznych uliczek,

Oaxaca Meksyk

ulice Oaxaca Meksyk

ulice w Oaxaca

na których sprzedawano przepiękne „artesenias”, czyli meksykańskie rękodzieło. Nie jestem miłośnikiem tego typu rzeczy, ale w tym wypadku muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem. Szkoda, że przed nami jeszcze tyle drogi i pełne plecaki, bo gdyby nie to, zostawilibyśmy tam połowę naszego budżetu.

Artesenias w Oaxaca Meksyk

Sercem miasta jest Zocalo, czyli główny plac, gdzie co wieczór zbiera się chyba pół miasta, i występują wszyscy lokalni grajkowie

Zocalo Oaxaca

Oprócz ucha można nacieszyć oko występami ulicznymi, my załapaliśmy się na pokaz tańca indiańskiego.

Indianie na Zocalo Oaxaca

Głodny też nikt nie będzie, najprościej mówiąc nie da się, uliczni sprzedawcy już zadbają, aby nikomu z głodu nie burczało w brzuchu, my z racji faktu, że wcześniej znaleźliśmy fajną knajpę, zdecydowaliśmy się tylko na świeże mango

Świeże Mango w Oaxaca

Natomiast ostatniego wieczoru w Oaxaca spełniło się moje życzenie wigilijne, żeby znaleźć miejsce, gdzie Mezcal będzie kosztował 20 MXN :)

Mezcal Oaxaca Meksy

Tak w ogóle to kręciliśmy się po mieście i co krok natykaliśmy na piniaty,

Oaxaca Meksyk

czyli tradycyjne ozdoby świąteczno/noworoczne, które z reguły w sobie mają słodycze, a które dzieci zwyczajowo rozbijają w Trzech Króli, ale że Marcia jest łasuchem i nie chciała czekać do 6-ego stycznia, zabrała się za Piniatę już w grudniu:)

Piniata w Oaxaca

PS

Wiem, że można odnieść wrażenie, że podczas tego wyjazdu skupiam się głównie na Tequili i Mezcalu, ale to nie jest zwykłe picie, to ma podłoże medyczne, alkohol zabija Amebę, a ja z tą panią nie chcę mieć już nic do czynienia:)

Rozwiązanie ostatniego KOŃKURSU

Zwycięzcami poprzedniego Końkursu zostali Grzesiek P i Agnieszka F. Dodam tylko jeszcze jedną rzecz, dla pewnej bliźniaczki, która pisała o złotej tequili, że pije się ją z cynamonem i pomarańczą, może w Polsce tak jest, bo tutaj złotą też wali się pod sól i limonkę;) – to pisał inny bliźniak co też lubi się wymądrzaćJ

KOŃKURS

Jak się czyta nazwę stanu/miasta w Meksyku, który właśnie opisałem (pisane: Oaxaca)? Odpowiedzi (tym razem 3 i 4 osoba będzie nagrodzona) tradycyjnie wysyłajcie na adres: misio9MAŁPAgazeta.pl

PS

Prośba do wszystkich czytających, udostępniajcie adres bloga gdzie się da, chcę sprawdzić jakie "pole rażenia" mają nasze przygody:)

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci