Menu

Trochę fantazji w Azji...

W starych klapkach po Świecie:

Brazylijskie Sopot i Jamajka z domieszką Chile

misio9

Tak to właśnie jest, mieliśmy na swojej mapie kilkadziesiąt miejscówek, które polecał Kleber w Bahii, najbardziej nastawialiśmy się na Itacare, które wydawało się wręcz idealne, nieduża mieścina z piękną plażą, nic tylko jechać! Taki był plan, ale pogoda dała dupy, jedynie na nią nie mamy wpływu. Co było robić, trzeba znaleźć inne miejsce, które pozwoli się jeszcze trochę nacieszyć oceanem. Stanęło na tym, że z Salvadoru polecieliśmy do Rio. Zdecydowaliśmy się na lot, bo autobus jechałby pewnie z dobę, a cenowo wcale nie było dużo lepiej. Poza tym z dwóch źródeł słyszeliśmy, że to nie jest najlepszy pomysł, bo zdarzały się na tej trasie napady na nocne autobusy… Także nie było się nad czym zastanawiać i po 2,5 godzinie lotu przywitaliśmy się z Miastem Boga. Przyjechaliśmy tam, ale tylko po to, aby z lotniska udać się prosto na dworzec, a tam po godzinie siedzieliśmy już w autobusie do Paratów. Co to takiego te Paraty? Jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części Brazylii, leży mniej więcej w połowie drogi między Rio i Sao Paulo, więc idealnie dla tych, którzy chcą porzucić wielkomiejski gwar. Oprócz tego nie wiedzieliśmy o tym miejscu nic, nie było go na żadnej z naszych map, ale w przewodniku miały aż 3 gwiazdki, więc nie mieliśmy większych oporów przed przyjazdem tam. Nocleg znaleźliśmy w sieci, więc też luz, choć coś mi nie pasowało, bo w naszym budżecie dostępne było spanie tylko do czwartku. Okazało się po przyjeździe, że akurat w następny weekend odbywa się tam najważniejsza impreza w tym mieście - jeden z najbardziej znanych festiwali literackich w Brazylii. Stwierdziliśmy, że poczekamy do czwartku, zobaczymy co będzie się działo, a jak coś to się ewakuujemy gdzie indziej.

Pierwsze co nam się rzuciło w oczy po przyjeździe, to ceny! To jest jakiś inny świat, wszystko jest droższe niż w każdym innym miejscu, które do tej pory odwiedziliśmy. Okolice Paratów znane są z produkcji Cacachy, czyli podstawy Caipirinhy, więc byłem szczęśliwy, ale tylko przez chwilę… Okazało się, że pod latarnią najciemniej i mój ulubiony brazylijski napój kosztował tam średnio 18R$, gdzie wcześniej średnia cena nie przekraczała 10! Tak jak pisałem wcześniej, cena Caipirinhy, to swoisty index, który pokazywał nam, czy dane miejsce jest ok, czy raczej powinniśmy omijać je szerokim łukiem ze względu na ceny. Takie też okazały się Paraty, drogie! Ale nie ma się co dziwić, to w końcu coś na kształt naszego Sopotu, a dodatkowo w bliskiej odległości do Sao Paulo, gdzie mieszka ponad 20 mln ludzi, którzy nie mają dostępu do oceanu. Dobra dosyć narzekania, bo wcale nie było tak źle, przecież nie zawsze może być tanio! Czas w Paratach mijał nam leniwie,

Drinki na plaży w Paratach

Chodziliśmy na plażę, która do najpiękniejszych nie należała, ale zawsze można było skupić się na typowo plażowych aktywnościach

Paraty plaża

Zestaw plażowy

Jedyny problem był taki, że po zachodzie słońca robiło się naprawdę zimno! I to do tego stopnia, że musieliśmy ubierać długie ciuchy, tzn spodnie i bluzy, temperatura spadała do 16-17 stopni. W końcu to środek zimy!:) Jednak na szczęście znaleźliśmy lokalny bar, w którym serwowali Caipirinhę w normalne cenie, do tego był stół do bilarda, więc zimowe wieczory były nam niestraszne:)

Paraty gramy w bilard

Oprócz plażowania, wybraliśmy się na całodniową wycieczkę łodzią.

na łodzi w Paratach

Ja na łodzi w Paratach

Plan wycieczki był taki, żeby odwiedzić dwie małe plaże oraz dwie zatoki, w których można było się kąpać, z czego skwapliwie korzystałem.

Paraty w czasie wycieczki

Na początku do kąpania było wielu chętnych, jednak woda okazała się z lekka zimna, więc w końcu przydało się wieloletnie doświadczenie znad Bałtyku i w pewnym momencie zostałem sam;) Dzięki temu mogłem dowoli korzystać z dobrodziejstw łodzi.

Ja skaczę do wody z łodzi

W końcu też przydał się (dopiero po raz drugi) sprzęt do snurkowania, który targałem ze sobą od początku. Co prawda podwodny świat nie powalał, ale i tak było fajnie

Ja w wodzie

Mieliśmy szczęście tego dnia, po pierwsze dlatego, że na naszej łodzi było niewielu ludzi, przynajmniej w porównaniu do innych, które robiły tą samą trasę. Dodatkowo spotkaliśmy bardzo fajnych ludzi. Tutaj para z Chile:

Ja i sympatyczna para z Chile

Po jednym dniu zapraszali nas już do siebie, niestety coś się stało i nie mogę ich znaleźć na fb, mimo iż dodawałem ich do znajomych. Poza tym ona jest nauczycielką hiszpańskiego w Orlando gdzie mieszkają i obiecała, że będzie nam przesyłała teksty pomocne w nauce hiszpańskiego. Chyba będę musiał przeprowadzić jakieś internetowe śledztwo żeby ich odnaleźć, bo zawsze dobrze mieć metę na Florydzie. Oprócz nich poznaliśmy bardzo sympatyczną parę z Rio, które przyjechała do Paratów świętować 25 rocznicę pierwszej randki, którą mieli w tym miejscu.

ja i Brazylijczycy na wycieczce

Fajna to była wycieczka, bardzo luźna, kompletnie bez napinki, otwarty bar, do tego fajne widoki i plaże, nie trzeba więcej.

Ja z drinkiem na wycieczce

widoki w trakcie wycieczki

plaża na wyspie w czasie wycieczki

wyspa Paraty

widoki w czasie wycieczki Paraty

Tak prawdę powiedziawszy dopiero po wycieczce mogliśmy zobaczyć jak Paraty wyglądają w świetle dziennym. Wcześniej unikaliśmy centrum, bo woleliśmy relaks na plaży. Okazało się, że miasto jest całkiem przyjemne, niska, kolonialna zabudowa, brukowane ulice, jak na warunki brazylijskie spoko.

Ja na ulicy w Paratach

ulica w Paratach

ulica w Paratach

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w miejsce, które polecane było nie tylko przez właściciela Pousady, w której spaliśmy, ale też brazylijscy znajomi rekomendowali wyprawę do Praia do Sono. Dostanie się tam nie wydawało się skomplikowane, bo wystarczyło wsiąść w odpowiedni autobus, dojechać do ostatniego przystanku, a następnie ruszyć w godzinny trekking. To ostatnie wydawało się najtrudniejszym elementem, jednak finalnie okazało się, że to był raczej spacer, który tylko momentami okazał się lekko wymagający. W każdym razie, dotarliśmy po ponad godzinie do plaży, która była rzeczywiście urokliwa, a co ważniejsze prawie pusta

Praia do Sono Paraty

Tylko kilka malutkich restauracji, garstka turystów i my. Fajny dzień, tym bardziej, że miałem do skończenia książkę, także lepszych okoliczności nie mogłem sobie wymarzyć

Czytam na plaży

Oczywiście mieliśmy ze sobą aparat, więc nie zabrakło też tradycyjnych wariacji z aparatem

Marcia na Praia do Sono

Marcia na Praia do Sono

Wszystko było fajnie, tylko jak to na południu, dosyć wcześnie robi się ciemno, więc musieliśmy około 16 zawijać się z plaży, bo słońce zaszło i zrobiło się z lekka chłodno. Co więcej, nie chciało nam się wracać tą samą drogą, więc zdecydowaliśmy się na szybsze rozwiązanie, łódkę. Marcia się lekko bała, ale dała radę i jestem z Niej dumny, bo wcześniej coś takiego na pewno nie wchodziłoby w grę! Dopłynęliśmy do przystani gdzieś na prywatnym osiedlu dla booogatych ludzi, gdzie nie mogliśmy ruszyć się nawet na 100 metrów, bo wszystkiego pilnował smutny pan w ciemnych okularach. Musieliśmy czekać na busika, który zawiózł nas na przystanek autobusowy, a tam się okazało, że autobus nie przyjechał, bo zdechł gdzieś po drodze… Słońce zaszło, zimno jak w psiarni, a my w letnich ciuchach! Dobrze, że Marta miała chustę, były też ręczniki do przykrycia. W sumie od momentu opuszczenia plaży, czekaliśmy ponad 3 godziny na autobus! Dobrze, że nie byliśmy sami, oprócz nas utknęło tam jeszcze trochę miejscowych, bo nie wiem co byśmy sami tam zrobili… Ważne, że wróciliśmy cało i zdrowo, może z leksza zmarznięci, ale szczęśliwi, że się udało…

Czwartek, to dla nas pożegnanie z Paratami i przeprowadzka do Trindade, czyli jakieś pół godzinki miejskim autobusem. Trindade to jak napisał Antek z Belem weed beach, czyli brzmi nieźle;) Oj nie mylił się Antek, nie mylił, klimat jak na Jamajce, ludzie w dredach, słodki dym wyczuwalny niemal wszędzie. Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, jak to wygląda, od razu byśmy tam pojechali, zamiast siedzieć w Paratach. Okazało się, że to mała wioska z kilkunastoma restauracjami, ale o zupełnie innym charakterze niż w Paratach. Powiedziałbym, że jest tam dużo bardziej swojsko i luźniej, mniej są też nastawieni na turystów. Kiedyś to była typowo hipisowska miejscówka, nadal czuć ten klimat, a do tego normalne, brazylijskie ceny i jedna z najpiękniejszych plaż jakie widziałem!

My na plaży w Trindade

Być może nie wszystkim będzie to pasowało, bo plaża nie nadaje się za bardzo do pływania, ze względu na fale i prądy, ale dla mnie nie jest to przeszkodą, a nawet powiedziałbym, że jest swoistym atutem.

Ja na plaży w Trindade

Marcia w Trindade

Trindade plaża

Trindade plaża

 

Trindade plażaKształt, szerokość plaży, ilość ludzi, wszystko to sprawiało, że w moim odczuciu to zdecydowanie najlepsza plaża na jakiej przyszło mi opalać swoje cielsko. Do tego jak pisałem wcześniej słodkawy dym wyczuwalny niemalże, potęgujący doznania. Naprawdę 5 dni, które tam spędziliśmy było jednymi z najlepszych podczas całej mojej przygody oberżyświata.

Trindade plaża

Trindade plaża

Trindade plaża

To nie tak, że Trindade, to tylko ta jedna plaża, były też inne miejscówki, ale ja za nic nie chciałem się stamtąd ruszać, poza tym miałem do skończenia kolejną książkę, koniecznie chciałem się dowiedzieć kto zabił, więc nie w głowie mi były żadne wycieczki:)

Czytam na plaży w Trindade

Ale skoro w okolicach znajdował się rzekomo jeden z cudów natury, naturalne baseny, trzeba było się tam wybrać. Żeby tam się dostać czekał nas niemal godzinny spacer połączony z niewielką przeprawą przez las. Szczerze powiem, że spodziewałem się nie wiadomo jakiego wow, kilka osób naprawdę mocno zachwalało to miejsce, poza tym ilość ludzi, którzy razem z nami zdecydowali się wybrać w to miejsce świadczyła o tym, że chyba warto. I tutaj jest właśnie pies pogrzebany, bo w mojej ocenie chyba nie było warto się tam pchać. Powiem więcej, gdy zobaczyłem ten rzekomy cud natury, z pełną świadomością zacząłem żałować, że nie odpuściliśmy tematu i nie zostaliśmy na „naszej plaży”. Jak to wyglądało? Naturalny zbiornik wodny oddzielony od otwartego morza wielkimi głazami. Do tego mnóstwo ludzi i woda o kolorze, do którego najbardziej pasuje określenie sraczkowaty, ot cały cud natury! Zostaliśmy tam 10 minut i zrządziłem ewakuację. Na szczęście po drodze gość sprzedawał kokosy, więc mogłem utopić swoje smutki w orzeźwiającej cieczyJ

Co robiliśmy oprócz plażowania? Wiadomo, blog się sam nie napisze,

Blog się sam nie napisze

Książka też się sama nie skończy:)

Marcia w hamaku w Trindade

Generalnie byliśmy tam baaardzo mocno zajęci!:) Tak nam minął ponad tygodniowy pobyt w Paratach oraz Trindade i jeśli te pierwsze na kolana nie rzucają, tak dla mnie Trindade to must see i must be. Na pewno jeśli wrócę do Brazylii, będę chciał ponownie odwiedzić to miejsce.

Forro, gotowane banany i klątwa Michaela Jacksona

misio9

Na Salvador czekaliśmy od samego początku, a to za sprawą Klebera, którego poznaliśmy na Couchsurfingu jakoś w maju, kiedy zapytaliśmy go, czy lipiec i sierpień to dobry czas na zwiedzanie Brazylii. I zaczęło się….”Ach-om” i „och-om” na temat stanu Bahia (którego stolicą jest właśnie Salvador) nie było końca. Od razu wymieniliśmy się numerami telefonu i od tego czasu byliśmy w stałym kontakcie. Można powiedzieć, ze Kleber był jednym z ojców naszej wyprawy, bo w sumie było ich dwóch (ale o tym drugim kiedy indziej J).

 

Byliśmy ciekawi nie tylko samego miasta, jak i osoby naszego hosta. Uczucie jakie nam towarzyszyło kiedy jechaliśmy z lotniska do mieszkania Klebera porównałbym do oczekiwania na pierwsza randkę z dziewczyną poznaną w sieci. Wirtualnie wszystko gra, ale jaka będzie rzeczywistość? J

Wiedzieliśmy, że Kleber mieszka przy parku miejskim, ale nie spodziewałem się, że będzie to jakiś apartamentowiec, a taki właśnie ukazał się naszym oczom, gdy wysiedliśmy z Ubera. Potem wystarczyło ładnie ukłonić się cieciowi i już śmigamy windą na 13 piętro. Przywitał nas gospodarz razem ze swoją dziewczyną Vanessą, od razu poczuliśmy, że będzie dobrze, bo Brazylijczyk na żywo okazał się jeszcze sympatyczniejszy, niż przez Watsuppa. Jako że pojawiliśmy się w mieszkaniu przed północą, a rano trzeba iść do roboty, tzn. my nie, no ale Salvador przecież sam się nie zwiedzi. Rano pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to widok z balkonu:

Salvador Bahia

W końcu to 13 piętro, także w oddali dostrzec można było nawet ocean. Okazało się, że w apartamentowcu jest prywatny basen, siłownia, grill i portier czuwający 24 godziny na dobę…

Salvador Bahia apartamenetowiec

Razem z Vanessą zjedliśmy małe śniadanie i ruszyliśmy na miasto. Chcieliśmy w sumie sprawdzić komunikację miejską, ale żeby dostać się z ich mieszkania do centrum trzeba ze dwa razy zmieniać autobus, co kompletnie się nie kalkulowało, więc korzystaliśmy ciągle z usług firmy transportowej na U. Dojechaliśmy do Pelo, jak miejscowi nazywają stare miasto i pierwsze, co można od razu zauważyć, to że miasto jest naprawdę czarne. Tzn. chodzi o ludzi na mieście, praktycznie wszyscy mają skórę mniej lub bardziej ciemną, w końcu nie bez przyczyny Salvador i jego okolice nazywany jest brazylijską Jamajką. Takiej ilości afro, loków i ciemnej skóry w życiu nie widziałem. Do tego uroda miejscowych dziewczyn (Marta pewnie dodałaby, że nie tylko dziewczyn) momentami powala, do tego jeszcze te fryzury…

Salvador Bahia

Salvador Bahia ulica

Zresztą nawet tradycyjne stroje, które nosiły kobiety przywoływały od razu skojarzenia z Karaibami. Przez chwilę poczułem się jak w Cartagenie (nasze wrażenia stamtąd do znalezienia tutaj)

Salvador Bahia kobieta w stroju

Salvador Bahia

Poza tradycyjnymi strojami i ludźmi, podobnie jak wcześniej w Kolumbii, tak i tutaj miasto było mocno kolorowe.

ulica Salvador Bahia

Salvador Bahia

Salvador Bahia

Zrobiliśmy rundkę po Pelo kierując się mapka z naszego przewodnika. Starówka bawi i oko i ucho zwiedzającego

Salvador Bahia

Jak już wszystko było „odhaczone” zaczęliśmy tzw. szwędaczkę po Pelo w poszukiwaniu fryzjera.  Na dłuższych wyjazdach nie obędzie się bez wizyty u fryzjera, ale zawsze szukam zakładu typu „lokalny oldschool” i tym razem nie mogło być inaczej.

Salvador Bahia

u fryzjera Salvador Bahia

Z twarzą gładką jak pupcia niemowlaka poszliśmy na rundkę barową - punkt obowiązkowy. Tym bardziej, że Kleber polecał koniecznie lokalny likieru o dźwięcznej nazwie Cravinho, który sprzedawali w jednej z knajpek. Weszliśmy i aż miałem obawy, czy nie będą wołali ode mnie dowodu, bo w końcu aż tak ogolony byłem ostatnio właśnie w Kolumbii:) Lokalny trunek okazał się bardzo przyjemny, w smaku podobny lekko do naszego grzanego wina, do tego nie za mocny, w sam raz żeby się rozkoszować i przy okazji za bardzo nie krzywić.

 

Cravinho Salvador Bahia

Dzień więc minął nam na niespiesznym oglądaniu starego miasta, gdzie teledysk do jednej z piosenek nakręcił Michael Jackson, co do tej pory jest wspominane i turyści robią sobie zdjęcie przy oknie, z którego król popu miał rzekomo śpiewać, nie mogliśmy być gorsi:)

okno Michaela Jacksona Salvador Bahia

No i tu nastąpi dramatyczny zwrot akcji, bo chyba Michael rzucił na nas klątwę! Chwilę po zrobieniu zdjęcia padł nam jeden obiektyw:( Niestety nasz Olympus odmówił posłuszeństwa i zostaliśmy na resztę pobytu tylko ze stałką, co lekko utrudniło robienie zdjęć w mieście, ale co zrobić, musieliśmy się dostosować. Reszta dnia upłynęła nam na leniwym spacerowaniu po starym mieście i chłonięciu atmosfery.

Salvador Bahia

Kolejny dzień zaczął się od wspólnego przygotowywania śniadania. Dokładniej rzecz ujmując, to dziewczyny wspólnie szykowały tapiocę, a ja tylko pozmywałem po wszystkim. A no i jedliśmy też gotowane banany:)

gotowane banany

wspólne gotowanie

Dzień wcześniej Kleber odwiedził supermarket i przywiózł kilka rzeczy, które były dla nas kompletnie nieznane, między innymi Pinię

pinha

Czy Tamarandyn

tamardyn

Oba smaczne, szczególnie ten drugi, lekko kwaskowaty, a jednocześnie słodki, ponoć idealny na kaca;) W kwestii Pini nie będę się wypowiadał, bo jak się okazało mam na nią uczulenie, ledwo spróbowałem i już pojawiła się jakaś wysypka, ale z tego co pamiętam była smaczna, Marta się nią zajadała;) Po śniadaniu ruszyliśmy dalej na eksplorację miasta, odwiedziliśmy między innymi lokalny targ, gdzie kupiliśmy Gabrielę, inny lokalny przysmak alkoholowy, podobny trochę do Cravinho, ale jednak o trochę innych właściwościach, jeśli dobrze zrozumiałem sprzedawcę, to po Gabrieli każdy konar zapłonie;)) Nie obyło się też bez Caipirinhi

Marcia z Caipirinha

Pogoda w Salvadorze była już zupełnie inna niż np. w Fortalezie, gdzie ciągle była lampa, tutaj już pierwszego dnia nie było słońca przez cały czas, a drugiego już dobrze popadało, więc ewakuowaliśmy się do centrum handlowego, gdzie ja pisałem bloga, a Marta poszła buszować po sklepach. Efektem naszego wspólnego pobytu w galerii była wizyta w salonie Havaianas, skąd wyszliśmy z klapkami i pokrowcami na telefony!:)

havaianas

Kleber potem opowiedział nam historię tej marki. W tej chwili jest to gigant znany na całym świecie, a w Brazylii dosłownie wszędzie można kupić ich klapki, np. nawet w aptekach:) Każdy chodzi tutaj w Havaianasach, ja kiedyś też już miałem jedne - w Azji sobie kupiłem i służyły mi dzielnie przez kilka lat. Oprócz klapkem mają w swojej ofercie buty, ciuchy, akcesoria, wszystkie fajne, kolorowe, przyciągające wzrok, ale dość drogie. A jeszcze 20 lat temu to była marka, w której chodzili najbiedniejsi. Klapki kosztowały dosłownie kilka R$, chodzenie w Havaianasach było wręcz czymś na kształt oznaczenia statusu społecznego, jeśli w nich chodziłeś, znaczy że jesteś biedny. Od tego czasu zmieniło się to tak bardzo, że jest to jedna z najbardziej znanych brazylijskich marek…

Wieczorem wybraliśmy się wspólnie na kolację, gdzie spróbować mogliśmy Moqueci, czyli czegoś na kształt potrawki z warzyw z krewetkami i mnóstwem przypraw – meeega dobreJ

moceqa de camarao

Jako że kolejnego dnia pogoda jeszcze mniej dopisała, wybraliśmy się na spacer wzdłuż plaży, ale było to spacer mocno przeplatany wizytami w barach, gdzie chroniliśmy się przed deszczem. Nie przeszkadzało nam to jednak w robieniu zdjęć

Salvador Bahia

Salvador Bahia

i kłóceniu się co chwilę:)) Chociażby o to, że wlazłem do wody, przyszła fala, której się nie spodziewałem i zaraz byłem cały mokry :)))

Salvador Bahia

Tak w ogóle to szliśmy wzdłuż plaży, którą mocno polecała nam Vanessa, że to niby jej ulubiona plaża w mieście. Nie było słońca, więc to pewnie też wpływało na nasz odbiór tego miejsca, ale sami zobaczcie, nawet jakby była pełna lampa i tak dupy by nie urwało:

plaża w Salvador Bahia

Chyba na każdej plaży w Brazylii widzieliśmy ludzi, którzy grali w siatkonogę. To znaczy coś jak siatkówka plażowa, tyle, że piłkę odbija się wszystkim oprócz rąk;) Co więcej, poziom który widzi się na plaży jest naprawdę wysoki, co nie oznacza wcale, że piłka lata wysoko, tylko mają chłopaki (nie tylko, widziałem też dziewczyny) naprawdę dobrą technikę.

plaza w Salvadorze

Szliśmy sobie tak wzdłuż plaży, szliśmy i nagle zaczęło się ściemniać. Póki chodziliśmy jeszcze oświetloną promenadą było ok, ale w pewnym momencie droga zaczęła prowadzić przez niezbyt ciekawe otoczenie, niby inni ludzie też co jakiś czas szli, ale jednak poczuliśmy się dość nie swojo, aż doszło do tego, że albo wchodzimy w jakieś nieciekawe osiedle, bo nie chcieliśmy się wracać, albo się ewakuujemy. Stanęło na tej drugiej opcji. Zatrzymaliśmy się przy jakiejś budce strażnika, wyjąłem telefon i w ciągu 3 min siedzieliśmy w samochodzie w drodze do Pelo, które co by nie mówić jest na pewno bezpieczne, a przynajmniej na takie wygląda. Poza tym fajnie też zobaczyć stare miasto w świetle innym niż dzienne…

Salvador Bahia

Wieczorem odbyły się długie rozmowy o świecie, sytuacji w obu krajach, polityce i historii. Lubię takie dysputy, bo niby żyjemy w zupełnie innych częściach świata, to najczęściej problemy mamy wspólne:) Musiałem nawet wyganiać Klebera spać, bo się chłopak rozgadał, a tak naprawdę tylko on musiał wstawać na drugi dzień. On pracuje w Petrobrasie, największej brazylijskiej firmie, coś jak nasz Orlen, petrochemiczny gigant, który jest filarem tutejszej gospodarki. Do biura ma dosłownie 3 minuty, wychodzi z bloku, idzie za róg i jest już w pracy. Przeprowadził się w to miejsce właśnie ze względu na pracę, wcześniej tracił co najmniej 3 godziny na dojazdy. Z kolei Vanessa zajmuje się rehabilitacją, a jej specjalnością jest akupresura. Dodatkowo jeszcze zrobiła kursy i jest instruktorką jogi. Przed pójściem spać sprawdziliśmy jeszcze prognozę pogody i w końcu okazało się, że będzie dobrze!

Tak też było po przebudzeniu. Nawet nie jedliśmy śniadania, tylko od razu obraliśmy azymut – plaża! I to nie ta, na której byliśmy wcześniej, a zupełnie inna, trochę dalej, ale za to dużo większa i dla nas ładniejsza:

plaża Salvador Bahia

plaża Salvador Bahia

plaża Salvador Bahia

Jakąś chwilę zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca, ale potem już tylko

relaks na plaży

na plaży w Salvador Bahia

Ale byliśmy spragnieni słońca i lenistwa nad oceanem:) Mógłbym tak cały dzień, no ale w sumie tak wyglądał cały dzień!:) Chciałbym mieć taką możliwość żeby po pracy podskoczyć sobie na plażę i skorzystać z dobrodziejstw dobrej pogody. Co prawda we Wro mamy od niedawna plaże w mieście, ale nawet do Odry wejść nie można. Zresztą nie ma co porównywać Odry do Atlantyku, jak to kiedyś padło w jednym filmie „nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych”J Wieczorem umówieni byliśmy na wspólne wyjście. Razem z gospodarzami mieliśmy iść na imprezę Forro. Ręka w górę, kto wcześniej słyszał o tej muzyce i tańcu? Impreza zaczynała się o północy, więc chwilę po 23 wyruszyliśmy na miasto, pojechaliśmy w to samo miejsce, gdzie jedliśmy dwa dni wcześniej kolację, wtedy było spokojnie, a w piątek przed północą tłok jak u nas w sylwestra na rynku! Szok, potrzebowaliśmy chwili żeby się oswoić, ale w sumie nie ma się co dziwić, w końcu Salvador to ponad 4 mln ludzi, niech tylko 2% z nich będzie chciało się zabawić i już mamy tłum…

tłum na mieście

wieczór w Salvadorze

Wypiliśmy piwko i poszliśmy na imprezę. Forro jest nawet fajne jak się słucha, ale jeśli chodzi o taniec, to już trochę gorzej. Tym bardziej, że moje umiejętności w tej dziedzinie oceniłbym na żadne, więc na trzeźwo ciężko było mi tam wytrzymać;) Z kolei nasi gospodarze zatracili się w tańcu dość mocno. Zresztą sam taniec jest dość specyficzny, tańczy się baaardzo blisko siebie, tak że na początku myśleliśmy, że każda para na parkiecie jest też parą w życiu, ale okazuje się że nie, to przytulenie i bliskość jest tylko na parkiecie. Fajnie się to oglądało, szczególnie że miejscowi byli w tym bardzo dobrzy i autentyczni…

W sobotę wybraliśmy się wszyscy na wycieczkę, najpierw pod kościół Nosso Senhor do Bonfim, gdzie symbolicznie wiesza się wstążki wypowiadając przy tym życzenia.

wstążki w Salvadorze

Chyba po raz pierwszy w życiu mieliśmy życzenia polityczne, bo akurat w Polsce trwała kulminacja akcji protestacyjnych. Oprócz płotu, wstążeczki wiąże się również na ręce, w tym przypadku wypowiada się w sekrecie trzy życzenia i warunkiem spełnienia jest to, że nie ściągnie się wstążeczki, sama musi się przetrzeć lub rozwiązać. Od tego też momentu chodzę z zieloną wstążeczką na nadgarstku;)

pod kościołem ze wstążkami

Oprócz tego, że kościół znany jest z tych wstążeczek, pełni on również ważną rolę dla tych, którzy wierzą w Condomble, religię, a może kult, który wywodzi się jeszcze z czasów niewolnictwa. Raz w roku z Pelo odbywa się wielka pielgrzymka (około 10 km) wyznawców, która kończy się właśnie pod tym kościołem. Natomiast na co dzień można spotkać tam kapłanów, którzy za drobną opłatą odprawiają jakieś obrzędy. Synkretyzm pełną gębą…

Obrzędy Condomble Salvador Bahia

Poźniej jeszcze widzieliśmy wyznawców Condomble w trakcie odprawiania ceremonii składania darów do oceanu.

Condomble obrzęd przy oceanie

Zjedliśmy razem obiad i przeszliśmy się do pobliskiej manufaktury likierów. Ochhh jakie to były smaki! Bajka, przepyszne owocowe likiery wytwarzane zgodnie z recepturami babci założycieli (przy okazji właścicieli restauracji).

manufaktura likierów w Salvadorze

Dzięki temu, że był z nami Kleber, który znał właściciela mogliśmy popróbować różnych smaków, a nawet mieliśmy wyjątkową szansę spróbować ich koronnego produktu, likieru z płatków róży, który kosztował 500 R$ za butelkę. Z tego, co mówiła pani, na wyprodukowanie jednej butelki potrzeba 120 róż!

manufaktura likierów w Salvadorze

Na koniec Marta dostała od Vanessy prezent w postaci likieru z Marakuji, który nam obojgu najbardziej smakował. Nie powiem, że się nie ucieszyliśmy z prezentu;)

Marta z prezentem

Na koniec pojechaliśmy jeszcze do najstarszej i najbardziej znanej lodziarni w Salvadorze. Kolejka była duża, widać miejsce cieszy się bardzo dużą popularnością. Nie ma się co dziwić, lody jak na warunki brazylijskie bardzo smaczne, a smaki, czego tam nie było: Jenipapo, Birbiri, Umbu, Goioaba, słodka bawełna i wiele innych. Zresztą zobaczcie sami

lodziarnia w Salvadorze

Potem do domu, drzemka po poprzedniej nocy poświęconej na Forro. Spakowaliśmy się i w drogę, bo o 4:30 nad ranem czekał nas lot do miast Boga, czyli Rio de Janeiro. Jednak zanim lot, Kleber wziął nas do domu swojej mamy! Chodziło o to, że jest to 5 min jazdy od lotniska i żeby łatwiej było nam się tam  dostać w środku nocy. Poznaliśmy Seniorę Mamę, która dała nam spróbować prawdziwie domowych specjałów. Na koniec jeszcze Kleber w środku nocy zawiózł nas na lotnisko – złoty chłopak!! Naprawdę tak jak kolejny raz trafiliśmy, to jest jakiś ślepy traf. Chłopak przygarnął nas do siebie na 6 nocy, spędzał z nami czas, zawiózł do mamy i jeszcze na lotnisku. Lepiej nie mogliśmy trafić…

Na koniec jeszcze kwestia Salvadoru, pisałem wcześniej, że to miast z ponad czteroma milionami mieszkańców, do tego jeszcze w czasie karnawału przyjeżdżają setki tysięcy turystów. To wszystko dlatego, że jest to drugi najpopularniejszy karnawał po tym w Rio. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie pojechać tam właśnie w czasie tego szaleństwa, ale gdy Vanessa pokazała nam filmiki jak to wygląda na żywo, stwierdziłem, że to nie dla mnie. Przez miasto przewalają się wtedy setki tysięcy ludzi w barwnych korowodach, bawiąc się, tańcząc, pijąc, ogólnie panuje atmosfera radości i zabawy, jednak ilość ludzi jest tak przytłaczająca, że nawet dla Brazylijczyków czasem jest to za wiele. Poza tym bardzo trzeba wtedy uważać, bo nawet dla lokalnych robi się dość niebezpiecznie. W ogóle karnawał można spędzać na dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że płacisz za bilet (nawet do 1000 R$ dziennie) i maszerujesz w pochodzie razem z konkretną szkołą samby, bawisz się w takich jakby zamkniętych strefach, co jest względnie bezpieczne, ale drogie. Druga opcja preferowana przez Klebera i Vanessę, to tzw Pipoca (po naszemu popcorn), idziesz i bawisz się gdzie chcesz, tam gdzie akurat jest muzyka, gdzie jest miejsce i gdzie czujesz, że chcesz. Jedyne ograniczenie jest takie, że nie możesz wejść do strefy biletowanej, ale muzyka i atmosfera jest dokładnie ta sama. Tak jak pisałem wyżej, wydawało mi się to dobrym pomysłem, w końcu mamy gospodarzy, ale naprawdę ta ilość osób jest dla mnie za duża.

Zanim dotarliśmy do Brazylii mocno nastawialiśmy się na całą Bahię, sam Kleber podesłał nam ponad 30 miejscówek, które jego zdaniem powinniśmy odwiedzić (większość nad oceanem), wybraliśmy te wg nas najciekawsze i chcieliśmy je odwiedzić, jednak przeszkodziła nam pogoda:( Miało być pochmurno,  deszczowo, dlatego po sprawdzeniu prognozy, zdecydowaliśmy się zostać tylko w Salvadorze, a potem ruszyć dużo dalej na południe, gdzie wbrew logice pogoda zapowiadała się dużo lepiej. Wbrew logice, gdyż wydawałoby się, że zimą na południu będzie chłodniej, a tu taka niespodzianka;)

 

Samba, Elvis i rekiny, a to wszystko w jeden weekend!

misio9

Z bólem serca opuściliśmy Alohę, ale jeszcze przed wyjazdem rzutem na taśmę (i to dosłownie) załapaliśmy się na shushi.  Szału nie było, ale fajnie pożegnaliśmy się z tym miejscem.

 

Czekał nas nocny autobus do Recife. Nigdy lubię jeździć w nocy, nie śpię za dobrze w autobusach, męczę się i na ogół po podróży jestem styrany, no chyba że jedziemy jak autobusem z Belem, gdzie były prawie łóżka. Ale tym razem miało być gorzej, ponieważ autobus nie był przystosowany do jazdy nocnej i oferował jedynie zwykłe miejsca. W dodatku mieliśmy nie siedzieć osobno (bilety kupowaliśmy z 5-dniowym wyprzedzeniem), więc zapowiadała się ciężka noc w bliskim towarzystwie lokalsów. Ale jak weszliśmy do autobusu, okazało się, że nie wszystkie miejsca są już zajęte i usiedliśmy obok siebie, a później machaliśmy rękoma na znak, że nie rozumiemy, a tak w ogóle, to o co chodzi?!:)

Rankiem dotarliśmy do Recife, wsiedliśmy w metro, a później mieliśmy zamiar przesiąść się na jakiś miejski autobus, ale okolica stacji metra była tak nieciekawa, że wzięliśmy taksówkę – tym razem skasowali nas jakieś kosmiczne pieniądza za przejechanie 5 km, ale naprawdę nie było żadnej opcji żeby gdzieś tam się kręcić!  Wychodząc z metra można było iść albo w prawo, albo w lewo, wybraliśmy tę pierwszą opcję (mając plecaki i cały majdan), ale nawet nie zdążyliśmy przejść 20 metrów, kiedy jakiś sprzedawca nas zaczepił i pokazał żeby absolutnie nie tam i mamy iść w drugą stronę...Podjechaliśmy pod hotel, zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy w poszukiwaniu „żarła”. Nasz hotelik znajdował się przy głównej avenidzie biegnącej wzdłuż plaży, chyba nie do końca bezpiecznej,

Recife plaża

restauracji było sporo. Ja jednak „miałem smaka na maka” J W Polsce bardzo sporadycznie jem w maku, a w trakcie podróży zawsze…Po pierwszym szoku smakowym i zachwycie nad lokalną kuchnią, po jakichś 2 tygodniach brakuje mi znajomych smaków, a że „mak” zawsze smakuje tak samo, to sprawdza się idealnie. Ceny prawie jak w Polsce:)

Mc Donalds w Brazyli

Przed wieczornym wyjściem w miasto musieliśmy odespać swoje, za to potem byliśmy w świetnej formie. W Brazylii staramy się w miastach korzystać z Couchsurfingu, ale tym razem nie udało nam się znaleźć hosta, za to bez problemu znaleźliśmy tam towarzystwo na wieczór.

Umówiliśmy się w Marco Zero – punkcie przy rzece wyznaczającym środek miasta. Kolonialna okolica przeszła renowację przed mistrzostwami świata w piłce nożnej w 2014 roku, wiec prezentowały się okazale. Miejscówka wręcz oblepiona była młodymi ludźmi, którzy jeździli na rolkach, popijali trunki różnej maści… było gwarno i kolorowo. Podobnie jak w Belem, dawne doki zostały przekształcone na miejsce spotkań, restauracje, puby, różnego typu, naprawdę fajna miejscówka! Nasz kolega o imieniu Tchiago chciał pójść do knajpy, gdzie grali muzykę na żywo, co akurat nam bardzo pasuje. Brazylia jest baaardzo muzykalnym krajem. Chyba w każdej knajpce jest grajek, który umila czas gościom. Różne są poziomy tego grania, czasem nawet ja wiem, że gość śpiewać nie powinien, a czasem mam wrażenie, że Król wciąż żyje

Elvis ma się dobrze w Brazylii

Jest w tej przyjemnej atmosferze jednak mały haczyk – jeśli jest muzyka za żywo, to do końcowego rachunku doliczana jest dodatkowa opłata (czasami naliczana od stolika, innym razem od osoby). Jeśli dodamy do tego opłatę za serwis  (10% doliczane jest z automatu do kwoty rachunku), okazuje się, że „to nie jest kraj dla biednych ludzi”.

Ok, wróćmy do imprezy…Zaliczam ją jak najbardziej do udanych. Tchiago okazał się spoko gościem. Po dwóch piwach zauważyłem u przyszłego okulisty powiększone źrenice, a i słowa przychodziły z dużo większą łatwością, znaczy browar zrobił swoje, a gdy kolega zaczął podśpiewywać wiedziałem, że będzie dobrze. Potem zaczęły wjeżdżać na stół Caipirinhie, a na koniec wszyscy załapaliśmy gastrofaze i wylądowaliśmy na jakimś placu w środku starego Recife, gdzie raczej na spacer bym sam nie poszedł, tym bardziej w nocy, a my tam stoimy, śmiejemy się i czekamy aż nam pani usmaży tapiocę, czyli naleśniki z manioku.

Gastrobazar Recife

Tapioca Recife

Wszyscy byliśmy w dobrych nastrojach, co chyba widać na poniższych zdjęciach

Recife selfie w nocy

Recife

Gdyby ktoś już po zaspokojeniu głodu miał ochotę jeszcze się dobić, nie musi szukać piwa, drinków, czy innych rozweselaczy. Wystarczy, że na straganie u tej samej pani zaopatrzy się w Pitu!

Recife Pitu

Pitu to cachaca, ale taka najgorsza, najpodlejsza. Przynajmniej tak mówili nasi gospodarze, z ich relacji wynika, że piją to tylko ci co nie mają kasy, lub są zdesperowani. Mnie na myśl od razu przyszły nasze „popisowe” rodzaje gorzały: Z czerwoną kartką, Starogardzka, czy jakaś inna Lodowa. Na samo wspomnienie o tej ostatniej aż mnie trzepie i mam dreszcze, a to już przecież 20 lat minęło. Także nawet się nie będę przymierzał do Pitu, choć taką puszkę, to zawsze warto wziąć do domu na czarną godzinę…

Kolejny dzień rozpoczął się nawet znośnie, nie było objawów syndromu dnia wczorajszego, więc zamówiliśmy Ubera i ruszyliśmy do Olindy (a co będziemy autobusami miejskimi jeździć J). Tutaj mała dygresja  dot. Ubera – dla mnie wynalazca tego ustrojstwa zasługuje na Nobla. Wyobraźcie sobie sytuację, przyjeżdżacie gdzieś, np. dworzec autobusowy i musicie się dostać do miasta, nie ma metra, autobus nie jedzie tam gdzie chcecie, a nawet jeśli, to nie wiecie gdzie wysiąść. Niby czarna dupa, bo jest ciemno i słabo chodzić gdzieś poza dworcem żeby zgarnąć taksówkę na ulicy, a jeszcze trzeba się dogadać. Wyciągacie telefon, wpisujecie adres docelowy, od razu wiadomo ile się zapłaci, nie trzeba mieć przy sobie żadnej gotówki, wygodny, a przede wszystkim bezpieczny układ! Dlatego od Recife ubery stały się naszym głównym środkiem transportu w miastach.  Przy pomocy Ubera dostaliśmy się też do Olindy. Miasta, które w naszym przewodniku miało 3 gwiazdki, czyli znaczy się jakaś konkretna miejscówka. Kiedyś było to osobne miasto, ale teraz to już praktycznie jeden organizm miejski. Te wysokie budynki w tle, to właśnie stolica stanu Pernambuco.

Olinda Brazylia

Skoro jesteśmy już na miejscu, to przydałoby się uzupełnić płyny, bo wybraliśmy się oczywiście bez wody, a pić się po imprezie jednak chce, więc wybór padł na produkt w 100% naturalny – kokos.

 

Olinda kokos

Ten akurat był pomarańczowy, ale osobiście różnicy w smaku nie wyczułem, a muszę przyznać, że kokos jest wręcz idealny jako tzw. „produkt dzień po”. Nigdzie wcześniej nie wypiłem tylu kokosów, co wcale nie oznacza, że wszędzie indziej piłem mniej alko. Po prostu te ogrzane brazylijskim słońcem są zdecydowanie najlepsze. Olinda jak każde miasto kolonialne (przynajmniej te, które sam do tej pory widziałem) kościołami stoi, w samym centrum historycznym (nie wiem, czy jest w tym mieście coś poza tym...) jest ich kilka i choć nie jestem fanem tego typu budownictwa, to muszę przyznać, że niektóre z nich robiły fajne wrażenie, pewnie ze względu na swoje położenie…

Olinda Brazylia

Olinda Brazylia

W jednym nawet trafiliśmy na procesję, mam zdjęcia, ale stwierdziłem, że za dużo tych kościołów, jeszcze mi bloga przerzucą z działu podróże do działu religia, kto ich tam teraz wie, lepiej dmuchać na zimne! Chociaż nie, zagrożenia nie ma, w końcu tyle tutaj caipirinhi, a wcześniej mezcalu i tequili, że już szybciej trafię do alkoholi, a w najgorszym wypadku do nałogów…

Olinda okazała się naprawdę ładnym miastem, z kolonialną zabudową, która w większości zachowana jest w dobrym stanie, co w mojej ocenie jest na wagę złota w Brazylii, bo to co wcześniej widzieliśmy w żaden sposób nie posiada cech zachęcających do oglądania, a Olinda wprost przeciwnie! Poza kościołami, bardzo dużo budynków ozdobionych jest muralami i to w taki sposób z jajem. Tu gdzieś są okulary, tam gdzieś zamiast włosów rośnie drzewo. Podobało nam się!

Olinda Brazylia

Olinda, Brazylia

Olinda Brazylia

Wiatr od Oceanu, dużo zieleni, murale, grafiiti, muzyka na żywo w knajpach, trochę turystów, ale nie tak, żeby był tłok, fajna atmosfera miasta, wąskie, klimatyczne uliczki.

Olinda jedna z Uliczek, Brazylia

Do tego krótka burza, która oczyściła atmosferę, dzień wydawał się idelany, wydawał się, aż do momentu, gdy poszliśmy coś zjeść.

Olinda Brazylia

W naszym przewodniku

Olinda Recife

Napisane było, żeby koniecznie wpaść w jedno miejsce, oni podają tam jakąś lokalną specjalność, mięso z czymś z manioku, kosztuje 20R$, więc nie źle, idziemy. Gdy weszliśmy okazało się, że 20 R$,, to kosztowało, ale kilka lat temu, teraz jest 60 R$, za porcję dla dwóch osób. Trochę drogo, ale myślimy, przecież gdybyśmy chcieli zjeść prawdziwą śląską roladę z kluskami, też pewnie tyle byśmy musieli zapłacić, więc szybka decyzja bierzemy! Za chwilę pan podchodzi z wielką misą żółtej papki a na górze są 4 plastry mięsa! Eeee, yyyyyyy, uuuuu ale o co chodzi?! Okazało się, że tym lokalnym przysmakiem jest właśnie ta papka podawana z suszonym na słońcu, wściekle słonym mięsem i to do… nędzy kosztowało ponad 60 PLN,!! O nie! Nie z nami takie numery, aż nawet ze złości zaczęliśmy rozważać wcześniejszy wyjazd z kraju Caipirinhy, ale na szczęście to było tylko takie gadanie…

Zjedliśmy, to znaczy ja zjadłem całe mięso, Mama zawsze powtarzała: ziemniaki możesz zostawić, ale mięso musi zniknąć. Dzięki Mamo za naukę! Do tej pory się tego trzymam, ale z drugiej strony, kto by zostawił taką drogą chabaninę?!:) Papka prawie cała nietknięta, bo to przecież bez smaku było, a że nawalili tego jak dla chłopa w żniwa, to i nawet gdybym trochę tego przeżuł, to i tak w misce śladu by nie było.

Chodziliśmy dalej po mieście, szukając to nowych ciekawych murali

Olinda Brazylia

Olinda Brazylia mural

Olinda Brazylia mural

Tak chodziliśmy po tym mieście, chodziliśmy, aż już chyba wszystko przeszliśmy, co nadawało się do przejścia, więc obraliśmy azymut na centralny plac, na którym wysiedliśmy, a tam już z daleka słychać było, że coś się dzieje. Okazało się, że w parku ćwiczyła szkoła samby, co prawda do karnawału jeszcze sporo czasu, ale już spryciarze zaczęli się przygotowywać!

Olinda Brazyli

Było głośno, rytmicznie, kolorowo, atrakcyjnie dla ucha, dla oka oczywiście też coś się znalazło. Siedzieliśmy chyba z pół godziny zapatrzeni w to przedstawienie. Choć to była próba, tak nam się przynajmniej zdaje, to grali tak, że dla mnie mogą jechać do Rio i już czekać na karnawał popijając Caipirinhę, ale to co robiły te dwie dziewczynki, a szczególnie ta z prawej, to jakiś obłęd.

Olinda Brazylia

Ja nie miałem w ogóle świadomości, że można się tak szybko ruszać. To jedno, a drugie, że jeszcze do rytmu! Czasem w pewnych stanach świadomości też ocieram się o taką prędkość poruszania jak ona, ale u mnie z rytmem nie ma to nic wspólnego, a ta mała miała poziom jak dla mnie z innej planety!

Tchiago chyba nas polubił, bo zaprosił nas na wieczorne grillowanie u niego na bazie, ale musieliśmy grzecznie podziękować. Coś na kształt grypy próbowało nam pokrzyżować plany, a tego baaardzo nie chcieliśmy, bo następnego dnia mieliśmy lot do Salvadoru…

© Trochę fantazji w Azji...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci